Nie doczytaliśmy drobnego druczku

MG: W nozdrzach czujesz delikatny zapach eteru. Ozonu! Ozon miałem na myśli!

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

MG: Turlnij sobie.
K [rzuca]: O jezu.
MG: Jedynka na kości?
K: Nie, uczciwe sześć.
MW: To ja sprawdzę jakich bzdur on tam napisał. [turla] O kurwa.
MG: Ile?
MW: Osiem.
K: Zaczęło się.

E: Czyli Sending to czar szpiegów.
MG: No a nie? Każdego ze scrollem Sendingu powinno się rozstrzeliwać.

K: …A nie mam Tourette’a. Przynajmniej zdiagnozowanego.
MW: Zespół Turreta. Obracasz się w kółko i strzelasz do czego popadnie.

Ew: Ja mam hooded lantern.
K: Lantern Hood. Świeci biednym i zabiera bogatym.

Ew: To jak wy wszyscy macie night vision, to może ja nie będę zapalać tej latarni…?
K: Tak, powiemy cię jak cię coś będzie gryzło.

[Paladynka rzuca Sacred Weapon i…]
MG: Twój miecz rozjarza się rozsądnym światłem; nikogo nie oślepia, ale wszystko widać.

[Martwiaki dziwnie oporne na odwracanie]
MW: Co on, advantage ma?
MG: Tak, Turning Defiance.
K: Turning the fajans.

MW: Co to było?
MG: Ghasty.
Ew: Czyli to była – drobna ghastronomia.

[Jak się pozbyć zezwłoków nieumarłych? Polać wodą święconą? A może spalić?]
MG: Kurwa, wyobraziłem sobie poszukiwaczy przygód, siedzących przy takim ognisku z ghastów…!
Ew i MW chórem: Ogniska już doghasta blask!
[przybijają piątkę]

MG: Myślę że moim następnym achievementem będzie prowadzenie bliźniakom.
K: Zrośniętym.
MG: Dupami.

MW: Jak się nazywał ten twój ptak zeszłym razem? Matylda?
K: Klara.
MW [do Ew]: Oswoił sobie mewkę, ale nie miał czasu się nią zajmować, bo ciągle w delegacji.
MG: Tak, on się tam teleportował, latał latającym statkiem, a ta mewa tam za nim… Umięśniona taka że mogłaby skrzydłami łupać orzechy.
K: Stekiem.

MW: To ja słowo na niedzielę, miecz zapala się czarnym światłem i spróbuję jej dokurwić.
MG: Słowo na niedzielę: ablucja.
K: Wydzielina.
MG: Miecz mu nabrzmiał.

[Kostki zawiodły nas przy rozważaniu umowy z potężnym Fae, dla śmiechu rzuciliśmy na inteligencję oswojonemu krukowi – natural 20.]
MW: Kapitan Melepeta i Melepetarianie.
E: A kto jest kapitanem?
K: No przecież powstawał z połączonych mocy. Kruk daje inteligencję.

Makieta potwora

[MG opisuje świat]
MG: …Zostały miejscowości które były zbyt biedne żeby mieć portal i dojeżdżał do nich autobus.
MW: PKS do Kłodzka.

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

[Golemy-dźwigi portowe]
MG: Wydawało się takiemu olbrzymowi polecenia, na przykład „weź i rozładuj ten statek”.
K: A on przynosił cały i mówił „przyniosłem ci cały, znajdź sobie sam, nie będę ci w tym grzebał”.

[Przepływająca przez miasto rzeka zamieniła krater po detonacji portalu w spore, idealnie okrągłe jezioro]
K: Najgorsze że ta rzeka komuś cieknie na łeb dziurą po portalu. Wkurwia to, no ale co można zrobić. Ze spłuczki cieknie.

[Czytamy umowę, szukajac kruczków]

E: Czy ja też mogę rzucić? Mam trzy.
K: W sumie?
MG: Nie za dobrze.
K: Podpisałaś kota.
MG: Wzięłaś kredyt w złotówkach.
Ew: W Providencie.

K: Jestem dwa razy mniejszy od przeciętnego reprezentanta ich drużyny.
Ew: Czy nie powinniśmy mieć dwóch takich?
K: Czy jest jakiś problem?

E: Co tu się krzyczy jak nie ma bogów?
Ew: Za reasonably priced love i jajko na twardo?
MG: Za cywilizację! Za ludzkość!
K: Ona to za orczość.
MG: Jako półork może wybrać czy za ludzkość czy za orczość.

[Pierwsze dwie walki, festiwal jedynek]
MW: Jeśli następne walki będą mi szły tak samo dobrze, w następnym mieście kupuję bałałajkę i będę przygrywał.
E: Bardowie są fajni.
Ew: Będzie krzyczał, i z jakiegoś powodu nam będzie od tego lepiej.

MG: Uważasz że umiejętność rozmawiania ze zwierzętami nie jest magiczna?
Ew: Jest księżniczką Disneya.
MG: Ma to w pakiecie.

[W potyczce z przygodnym potworem Kent stracił jednego ze swoich mułów.]
Ew: Może byśmy coś ojebali na śniadanie?
MW: Muła.
K [ciężko patrzy]: Oswajam sobie kruka. Karmię go.
MG: Czym?
MW: Mułem.
K [patrzy ciężko]: No jebnę mu.
MW: Rozładowuję sytuację humorem.

Ew: Czuję się bardzo źle z tym, że żartuję ze śmierci niewinnego zwierzęcia.
Masz na mnie zły wpływ.
MW: Jako ja czy in character?
Ew: Tak.

Ew: Czyli nie dość że w nic nie trafiasz, to jeszcze jesteś tępy…?
MW: Jak cię zaraz strzelę w łeb…
B (z offu): …To pewno sobie coś zwichniesz.

[Potwór napadający wioskę okazał się podróbką, szukamy śladów w lesie i…]
MG: W pewnym momencie z krzaków zionęło na ciebie ogniem, chmura ognia obejmuje cię, oblepia…
K: Znalazłem coś.

[Walka! RNGJesus nadal nas nie cierpi.]
E: Jedynka.
K: Zacięłaś się przy goleni.

MG: Istota otwiera usta, które są pełne takich iglastych zębów.
Ew: Zupełnie jak moja polonistka.

[Apoikilea przyznaje się, że ma patrona, z którym komunikuje się przez magiczny komunikator]

E: To cię nie kosztuje many?
Ew: I to jest twoje pierwsze pytanie? Facet ma wtopiony kryształ w cycka, gada chuj wie jak, chuj wie z kim, chuj wie o czym, a twoje pierwsze pytanie jest, czy roaming ma za darmo?!

I to by było na tyle.

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.
Grud, wojownik, człowiek: W.

Prowadzi: J.

[Recap]
K: No i wtedy pojawił się taki wielki dżinn…
MW: …Ale nic nie mówił…
K: Tak, przemawiał uniwersalnym językiem wpierdolu.

K: Jak się jutro obudzimy, to będę miał planeshifta. Będziemy mogli wrócić do domu.
[pauza]
K: Jeżeli się jutro obudzimy.
MW: Właśnie nabierałem powietrza.

[Bogini szybko nabiera samodzielności, ale umysłowo nadal nastolatka]
K: …No i oprócz tego jest całkiem niezła.
MW: Wiesz co, jak będzie miała mentalnie koło dwudziestki, to wtedy dopiero zauważę że jest całkiem niezła.
W: Tak długo?
K: Staruszki lubi.
W: Bo wiesz, Borsuk się tu kręci.
K: A Borsuk kręci się, przypominam, na wysokości bobra.
P: Zaraz, bo nie dosłyszałem, co Borsuk miałby?
K: No masz staff, masz Animate Object, masz ostatniego slota, naprzód.
MW: Ejże. Poza tym ja mam Mage Hand, też przydatne, więc no.

P: To ja tradycyjnie wołam „Liza, wzmocnię cię!” i zamieniam ją – ale tu mam wątpliwość, bo jak ją zmienię w wielką małpę, to małpa może wziąć miecz, i to by nie było dobre. Więc zamieniam ją w tyranozaurusa rexa, on nie będzie łapał.
K: Na coś się przydają te małe rączki. Nie będzie łapać miecza, nie będzie klaskać przy lądowaniu, idealny pasażer.

W: Zapomniałem o Defense.
MW: Zasłaniać tyranozaura tarczą…?
W: Przepisy pozwalają!

MW: Czy ktoś może mnie uleczyć?
P: Ilu ci brakuje?
MW: No 54 obrażenia.
P: To wiesz co, mogę cię strzelić w ryj a potem wyleczyć z pełnych 70.

MW: Dobra, bo to może być ostatnia rzecz którą zrobię w życiu – to zanim pójdę, to dam bogini jakieś imię. Żeby było po elfiemu i jakieś ładne w miarę.
W: Aldona.
K: Od tego tipsy jej same wyrosną! 

[Ostateczna konfrontacja – jedynym sposobem na Tiamat jest uderzenie portalu artefaktycznym mieczem, co spowoduje eksplozję której jej fizyczna forma na pewno nie przeżyje, tak samo jak uderzający. Próbujemy z powietrza wrzucić miecz, ale jest problem – nie mogę go puścić.]
MW: Po prostu mnie upuść!
K: Nie! Wiem! Urwę mu ręce! To się zregeneruje!

[Po wszystkim okazało się że Grud – nieokrzesany, ciut prymitywny żołdak – tak naprawdę jest smokiem.]
K: A czy jesteś smokiem z brzuszkiem? I wąsem, i plerezą?
MG: Tak.
K: I z nerką, i sprzedaje dolary!
W: Mniej więcej za to mnie zamienili.

[Epilog i dalsze losy postaci]
K [do E.]: Jeszcze ci questów mało? Jakaś jesteś niedodrapana.

W: Wiesz co, to ja jednak bym wziął to miejsce w Radzie Smoków. A jak mi ktoś będzie podskakiwał, będę mówił zawsze to samo: „Nie widziałem cię jak pokonywaliśmy Tiamat, więc cicho tam.”

Uff! Jesteśmy w Piekle!

MG: Chciałem powiedzieć, że on [pokazuje na MW] osiwiał trochę.
P: On ma włosy?

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud nieobecny.

Prowadzi: J.

K: Bo mieliśmy tu taką todo listę: pozbyć się pleców MW…
E: …Oddać oczy…
MG: …Wrzucić oczy do wulkanu…
MW: Nie oczy do wulkanu tylko monetkę do studni.
K: I coś tam jeszcze z tą Tiamat.
MW: A tak, racja.

MG: Gdyby była…
K: …np. Thajką, to miałaby freda przyklejonego taśmą do pleców. Czerwona Bogini z Thaju, to mam na myśli.

K: Działamy w interesie Wybrzeża Mieczy i istot dobrych, albo przynajmniej średnich.

[W parku w dobrej dzielnicy githyanki rozłożyli się obozem. Przekradamy się…]
MG: Za barierą krzaków okolica wygląda jak zasiedlona przez biednych ludzi.
MW: Jasne.
MG: Takie, wiecie, hovels.
K: Ta. Konstrukcje z europalet…
MG: …blachy falistej…
MW: …kartony po lodówkach…
K: Koksownik stoi, gith-ludzie dziarają sobie kropki…

[„Be careful what you wish for.”]

MG: Z powietrza wyskakuje taka postać – w zbroi pokrytej napisami, które znasz na pamięć, masz je wypisane w sercu.
K: A jaki, bo ja różne takie napisy też rozumiem?
MG: No tak w skrócie to „przybywaj i pożryj ten świat”.
K: Pustka Walcząca!

[Ostatni hitpoint]

E: To ja znowu mass healing wave, MW mówił że ma jakieś braki.
K: Tak, kurwa, jakieś braki, to tak jakbyś powiedziała że wypadanie odbytu to jest drobna przypadłość!
MW: To drobna wypadłość raczej.

[Sovelien padł w ciężkiej walce, a wtedy bogini, która ostatnio się do nas przybłąkała, rozwinęła portfolio i unicestwiła przeciwnika jednoczesnym zionięciem z pięciu smoczych głów]
MW: Powiedzieć ci kto to jest? Serio? Chcesz wiedzieć kto to jest?
K: Powiedz mu kto to jest, my mamy bekę, niech i on ma.
MW: Dobra, to mu powiem.
P: No widzę ją pierwszy raz w życiu.
MW: My już ją chwilkę znamy, ale też byliśmy trochę zaskoczeni. Otóż to jest, uważasz – Tiamat.
P: Jaja sobie robicie?

Miasto w kształcie donuta

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud i Borsuk nieobecni.

Prowadzi: J.

MG: Ulicą przewala się tłum, złożony z istot wszelkiego rodzaju. Takich o których istnieniu wiedzieliście, takie które sobie tylko wyobrażaliście, i takie których wolelibyście nie. Ulicą idą drzewa, demony, githyanki, ludzie, elfy…
K: …Wielki czerw…
MG: …Wielki czerw, smokowce, no wszystko.
MW: Cały Monster’s Manual.
MG: Cała inteligentna część, tak.

K: To ja zanim wyruszę, to zreferuję wam mój znakomity plan. Zamienię się w latającego węża i będę godzinę latał po mieście. Pamiętacie jak to się skończyło w ostatnim mieście, więc trzymajcie kciuki.
E: Jakiś kontakt z tobą będziemy mieć?
K: Przez prasę. Ogłoszenie drobne wykupię. „Aaaby zapoznać się z wężem, pisz.
Tylko fotooferty.”

[Mamy kilka spraw w Sigil, postanowiliśmy zacząć od zwrotu oczu prawowitej właścicielce, bo uznaliśmy że to najprostsze. Ależ byliśmy naiwnymi łosiami.]

MG: W powietrzu gromadzi się elektryczność statyczna, słychać potrzaskiwania wyładowań, włosy stają ci dęba – ty masz włosy? Jako twoja postać?
MW: Ej!
MG: No co, upewniam się.

[Właścicielka zaczęła nas okładać piachem, piorunami i rozżarzonymi kamieniami, próbujemy po dobroci]
K: To jeśli to jest duża istota, i ona nas będzie teraz nakurwiać, to ja teraz wystawię czempiona.
MG: Walka z parówką na wierzchu?
K: Tak, żeby mnie piorun strzelił w sam czubek.

[E. wraca po krótkiej przerwie]
E: Coś mnie ominęło?
K: MW grozi Shocking Graspem oczom. „Kultury trochę, bo oczy oberwą!”
E: Szantaż taki? I jaki efekt?
K: Zakaz trybunowy.
E: Co?!
MG: UEFA na nas sankcje założy. Albo Komisja Wenecka.
K: Będzie wiosłem machać.

[Właścicielka oczu okazała się boginią – tylko czego?]
MG: Wiesz, zaginionych bogów na samym Faerunie jest jak psów.
K: Tak, no ale może mi się jakiś rzucił w oczy.
MW: Haaa! I see what you did there.
MG: Haaa! Double pun! Patrzę i podziwiam, milordzie.

[Jako że bogini – na nasze szczęście – nie jest całkiem sprawna, wzięliśmy ją pod opiekę.]
MG: …Sama nie mówi, i robi się niespokojna jeżeli nie ma cię w zasięgu wzroku.
MW: Kurde. Jak to się nazywa u ptaków? Imprint? Że pisklę uważa że pierwsza rzecz którą zobaczyła to matka? Mogło być gorzej, dobrze że się na kombajnie nie zafiksowała.

Parazytologia stosowana

W: A czy nie jest tak, że jak level skacze, to automatycznie ma full HP?
K: Tylko w grach wideo.

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.
Grud, wojownik, człowiek: W.

Prowadzi: J.

MG: Niektórzy tu próbują prowadzić i popełniają takie kardynalskie pomyłki.
MW: Kardynalska pomyłka to jak źle zagłosujesz i papieżem zostanie nie ten co trzeba?
K: Brązowy dym.

E: Ale do karczmy poszli tylko MW i K?
K: Tak, ale mamy duży staying power. Ja mam 1 HP, ty masz 27…

MG: Siadacie w pobliskim pubie, rozglądasz się, wypuszczasz magiczny sensor. Po cichu, tak jak się powinno wypuszczać sensor w pubie…

[Próbujemy się dostać do porządnej knajpy, ale nijak nie idzie]

MG: Kawałek wiedzy dla ciebie: porządne knajpy rzucają sobie czar w rodzaju „Repel Insects”, żeby nie mieć wewnątrz much, wszy, innych takich.
K: Szczurów?
MW: Wiesz, to może być „Repel Vermin”, i wtedy myszę i szczura też odepchnie.
K: Ale na przykład glista ludzka…
MW: Nie podoba mi się kierunek tej rozmowy i z góry się nie zgadzam.

K: Rozmawiałem ostatnio z laską, która pracuje w SpaceX, i mówi że ich ulubionym słowem we firmie jest „RUD” – Rapid Unscheduled Disassembly.

P: Druid może zmienić płeć, nie?
K: Nie.
P: To ja ci mogę zmienić płeć.

MG: …Na małej scenie na środku stoi czterech Drowów, grających jakąś dziwną, drowową muzykę…
P: Underground.

E: …A nie, ja nie słyszałam.
MG: Słyszałaś, Grud przekazał.
W: Tak, nawet dyskretnie jak na mnie.
K: „E, chuju! – ten.”

K: Zamieniam się w latającego węża. Latające węże są tu bardzo popularne, służą jako kurierzy. Ty, owiń mnie rachunkiem.

W: To idziemy gromadnie chyba, bo ja jestem masażystą tych impów.
K: „A ta pani? Hehehe, he he he!”

[Do pojedynku impów  Borsuk wybrał, well, impa „żywiołu” gówna]
MG: I gówniany wygrał.
W: Jak?
K: No kurwa, obrzucił go kwiatami! Gówniany postawił mu takiego wielkiego kloca na hlavu!

K: Chcesz zobaczyć moją kolekcję motylic?

[Potrzebujemy sprawdzić coś w księgach lokalnej gildii magów, która ma wejście dziesięć metrów nad ziemią, odsiewając w ten sposób nielatających interesantów. Sovelien latać nie umie, ale Halón umie się zamienić w latającego węża.]
K: Ty, weź mi tam owiń dookoła ogona zlecenie wydania odpisu ksiąg wieczystych tego Malhezara i znaczek skarbowy.
MW: No weź.
K: No co? Mag może wysyłać listy czym chce, nie? Niech się cieszą że tasiemcem nie wysłał.

[Dłuższe rozważania na temat omijania limitu 25 słów na Sending poprzez wysyłanie wiadomości w języku aglutynacyjnym – np niemieckim]
MG: Przed tobą na moment pojawia się Mystra i kiwa palcem z dezaprobatą.
K: Zrobiłeś niezaaprobowany debet. Z dwunastu następnych medytacji rekwiruję ci trzeci slot.

I choose you!

MG: Atakujesz smoka w jego naturalnym środowisku i uważasz że to on będzie miał problem?!

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.
Grud, wojownik, człowiek: W.

Prowadzi: J.

MG: Który ty masz poziom?
W: Dwunasty.
MG: To się zgadza?
MW: Nie, jest poziom do tyłu.
K: Retarded.
MW: Nieno, jak ty do niego mówisz. Chociaż zaraz, nie – jak jest poziom do tyłu, to faktycznie jest opóźniony w rozwoju…

W: A mamy jakąś drogę ewakuacji, przez teleport czy coś?
P: Mamy.
K: A są tu drzewa?
MG: Nie. Grzyby.
MW: W grzyby potrafisz wchodzić?
K: Nie. Znaczy potrafię, ale zostaję w grzybie wtedy.
W: Teleportacja przez huby.
K: Znakomite, w sandale bym komuś wylazł.

[Okazuje się, że w mieście jest plaga impów – irytujących magicznych stworzonek, które wpychają się wszędzie, szczają do mleka i ogólnie są uciążliwe…]
K: Impa? Na chuj ci taki imp!
P: Brzmi boleśnie.
K: Co z tego że familiar, ja mam ptaka i nie mam czasu się nim zajmować, bo ciągle w delegacji.

[…Więc lokalnym pomysłem na ogarnięcie problemu jest łapanie tych impów do małych magicznych kulek.]
MG: No taki pomniejszy przedmiot magiczny. Rzucasz tym w małą istotę, a potem na powszechnie znane słowo aktywacyjne wypuszczasz.
MW: I to słowo to „I choose you”?
K: Ciekawe, jak się czuje istota w takiej kulce.
P: Chcesz sprawdzić?
K: No pewnie! To może być rozwiązanie mojego problemu z ptakiem!

K: I kto skupuje te impy?
MG: Jakichś trzech bogatych kolesi, właściwie nie wiadomo po co.
K: Trzech kolesi – Nin, Ten i Do.

[Siedzimy w knajpie, pijemy browary, czekamy aż lokalesi postanowią nas ograbić]

MG: Kolesie wykonują pierwszy ruch, jak gnom idzie się odlać. Wstają i ruszają za nim.
MW: To my wstajemy i idziemy za nimi.
K: Tak zwana impreza kanapka.
MG: Zostawiacie kogoś przy stole?
E: To ja zostanę i popatrzę.
MW: Może jeszcze kogoś zostawimy, żeby się zaraz nie zrobił drugi odłam imprezy?
W: To ja zostanę, dajcie mi sygnał jakby co.
MW: Umówiony sygnał: wrzaski i odgłosy rozróby.

[Próba lokalesów skończyła się dość żałośnie]
MG: Koleś ma sztylet, dwie kule na impy i taką zbroję, lekką, utkaną z takiej pajęczyny z metalu.
W: Żonojebkę, no.
K: Z mitrylu!

MG: Taki gówniarz, mały, brudny, obrotny…
MW: …Rasa nieokreślona, już mówi w trzech językach…
MG: …A przeklina w pięciu. Tak, wiesz – łezka ci się w oku zakręciła.

[To jaki imp nam się złapał?]
P: O kurde, phase imp? To faktycznie, może nie będę tego sprzedawał, dokupię kulek…
MG: …I „gotta catch them all”?

MG: Zacznijmy od tego, że w knajpie jest smok. Czerwony.
MW: Dyskretnie wytrząsam z nogawki.

[Nawiązaliśmy dyskretny kontakt z potencjalnym sojusznikiem, ale trzeba to obgadać jakoś paszczowo. Sojusznik proponuje, żeby Liza się do niego dosiadła…]
MW: Misja jest dla ciebie.
W: Musisz udawać łatwą.

MG: W., siedzisz sobie, rozglądasz się po karczmie…
W: …Z głupim wyrazem twarzy, to mi dobrze wychodzi.
MG: Umysł nieskażony myślą, to też ci nieźle idzie…

K: Przypominam, że najpierw chwyciłem za różdżkę, a potem poleciało gówno!
E: Nie wiem co mnie ominęło, ale chyba się cieszę.
K: P. złapał gównianego impa.
MW: A ja dostałem od gównianego impa.
MG: Tylko proszę cię, nie mów że to rzadki imp.
P: Unikalny!
MW: Nie, próbowałem, ale nie uniknąłem.
K: Jak się trzęsie tą kulką, to na pewno nie śnieg pada.

W: Jeszcze Sanepida ściągniesz.
MG: Sanepid? To jakiś sławny potwór?
MW: Sławny bohater!
P: Zależy po której stronie lady się znajdujesz.

[Szukamy dobrego miejsca na rozróbę]
MG; Jest tu taka dzielnica, gdzie się napierdalali magowie niedawno; budynki są poniszczone, ludzie stamtąd pouciekali, będą to odbudowywać ale jeszcze nie teraz.
P: Po co to odbudowywać? Trzeba przystosować! Piaseczkiem wysypać, odpływ zrobić…

MG: Na środku jest placyk, wyłożony kamiennymi płytami. Te płyty są poorane, poznaczone kwasem…
MW: Kurde, kolesie się napierdalają impami tu.
P: O rany! Zajebisty pomysł!

MG: Co ten mag mógłby ci zrobić, żeby ci zaszkodzić…
K: Mógłby ją podjebać do ZUSu.
MW: Za co?
K: Za niepłacenie składek. Nigdy nie deklarowała że płaci składki.

[Bam! Fireball! E. przerzuca saving throw z Lucka, ale nadal fail.]
K: Odpisz sobie Lucka. I włosy. I wierzchnią warstwę skóry.
MW: I brwi.
K: Ale brwi ci odrysujemy od szklanki.

P: Jeden Disintegrate raczej mnie nie zabije, musiałby mieć naprawdę niezłe rzuty.
E: Uważaj.
MG: Nie mówi się takich rzeczy przed rzutem MG.
E: Jesteś ze szkoły Divination, powinieneś wiedzieć takie rzeczy.

[Czterech kultystów weszło w strefę rażenia aury wokół Halóna, i padli od razu]

K: Wreszcie znalazłem swoją niszę: biegam i niszczę miniony.