Szczekanie we mgle

System: DND 5 ed

Ren Yue, tiefling, rogue: Ew
Madislak, człowiek, monk: MW
Valnorlerion, elf, mag: K
Lloreindal, półelf, bard: E

Prowadzi: J

[Drzewo na samotnej równinie]
K: Wiecie co, moja sowa [familiar] zauważyła, że ten baobab trochę się rusza.
MG: No i faktycznie, jak żeście zwrócili uwagę, to jakby się przemieszczał.
Ew: Ruchomy baobab? Omijamy szerokim łukiem.
E: Skąd wiesz, może to pomocny baobab?
MW: Wiesz co, w ciągu ostatniego tygodnia nie spotkaliśmy niczego pomocnego. Osobiście jestem biased.
Ew: Baobiased.

[Podpalony gnoll]

MG: Wrzeszczy jak dowolna podpalona istota.
Ew: Zapaliły mu się gazy w dupie. Wydaje takie odgłosy jak bekon jak go przycisnąć szpatułką.

K: Czy ktoś ma pojęcie, jaki tu jest najgroźniejszy drapieżnik na tej równinie?
E: Baobab.

E: To ja go wyszydzę, Vicious Mockery! Powiem mu że jest kozą, a jego matka była gorszą kozą!
Ew: To jest pierwszolewelowy Vicious Mockery.

MW: Czy oni tu mają garnek?
Ew: A po co ci, chcesz włosy obciąć?

[Pierwszy solidny posiłek od dawna]

Ew: A ty nie powinieneś być wegetarianinem?
MW: Totalnie jestem wegetarianinem.
Ew: Wyjem ci mięso z tego gulaszu. Znaczy nie bez pytania!
K: „Będziesz jadł to krzesło?”

MG: Przez całą noc słychać pohukujące gnolle…
Ew: Silent night, gnolly night.
MG: …Mgła się podnosi, baobab powoli wędruje po równinie…
Ew: O co chodzi temu baobabu?
MW: Idzie gdzieś, daj mu spokój.
E: Może zbadamy zagadkę tego baobabu?
Ew: Zbaobadamy.

MG [do K]: Wódz gnolli goni cię zajadle…
Ew: On jest psem, a ty listonoszem!

E: To ja tam podbiegnę do Vladislaka i będę dźgać.
MW: To chwilę ci zajmie, bo brat jest w mieście rodzinnym…
E: Powiedziałam Madislak!
MW: Na pewno?
K: Kurrrrrwa, walczyć tam!!

Reklamy

Gnoll party crashers

MG: Wywracają mu się oczy i wpada do wody.
MW: Żegnam.
Ew. Rzek-nam. Bo jesteśmy w rzece, nie?

System: DND 5 ed

Ren Yue, tiefling, rogue: Ew
Madislak, człowiek, monk: MW
Valnorlerion, elf, mag: K
Lloreindal, półelf, bard: E

Prowadzi: J

K: Podoba mi się że jak opowiada to czasami mu się wymyka spod kontroli: „miejsce jest miłym przystankiem na drodze”, ale „należeliśmy do dworu”…
MW: Skąd wiesz czy mu się wymyka, może miasto nadal jest, a my już stanowczo należeliśmy…

[W lokalnej populacji często występuje likantropia – ale niecodzienna, kotołactwo.]

E: A czy w D&D panuje się nad tą likantropią?
MG: Panuje się, ale od czasu do czasu odczuwa się niepowstrzymane żądze.
Ew: Tuńczyka.
K: Saneczkowania dupą po trotuarze.
Ew: Zrzucania kubka ze stołu.
K: I znowu, i znów.

E: To jak się do ciebie zwracać?
MW: Po imieniu, Madislak. Nie trzymam się mocno formalności, w odróżnieniu od mojego brata. Który, nawiasem mówiąc, ma na imię Vladislak.
Ew: Czy twój tatuś ma na imię Dadislak?

MG: Ona łączy ballady heroiczne z hiphopem, to jest zbroja z kapturem, jo.
MW: I hełm tyłem do przodu.

[Gnoll party crashers! Bardka rzuca Sleep]
MG: Zobaczymy ile gnolli otrzyma dar…
MW: …przedwczesnego snu.
Ew: Nargnolepsja.

K: Tworzę dzban. Będę się chował w dzbanie.
MW: Jak rzucał to kucał.
K: Jak rzucał to nie kucał, na czas rzucania się wychylam.

MG [jako NPC]: „Nie ich, moje dzieci, co do nich mam inne plany.”
Ew: Jeśli te gnolle to są jej dzieci, to znaczy że to jest po prostu suka.

MW: W czasie twojej rozmowy telefonicznej doszliśmy do wniosku, że mamy obstawione wszystkie ważne języki.
Ew: Znamy Infernal, Common, Shou…
K: …Primordial, Draconic, elfi…
MW: …Undercommon…
MG: Kto mówi po krasnoludzku?
MW: To nas kurwa zagiął.

[Wóz-więźniarka, dostosowany do robienia pod siebie]

MG: Zapach jest, no, taki jak gnolli.
Ew: Czuć gnollowicą?

Nowy początek

K: Zepsuł mu się ster i radio, dlatego dryfuje bez celu i nie odpowiada na wezwania.

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, eks łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, eks paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, eks ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, eks warlock-hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

[E. opowiada o swoich lokalnych rpgowcach]
E: Tutaj jest taka kampania, że wszyscy grają bardami, mają w drużynie jednego rogue’a, który jest ich managerem…
K: …Ich kampania nazywa się „Mój wydawca jest złodziejem”?

[Sytuacja wymaga wskoczenia do studni z lawą, co może mieć oczywiste konsekwencje – „rób sobie nową postać!”]
K: Na ostatniej sesji! My wszyscy ascendniemy, a ty zostaniesz bogiem pary!
Ew: Bogiem wolno tonących obiektów.

[Studnia z lawą i BHP]
Ew: Czy protection from energy zadziała na linę?
K: Nie wiem, spytaj liny.
[MG kręci przecząco głową]
Ew: Dobra, oleję linę.
MW: To też nie pomoże na długo.

Ew: Skacz, bo już mam cię dosyć!

MG: Nie słyszysz sarkastycznego komentarza, [magiczna osłona nad studnią] chroni cię także przed głupotą.

[Rozrzuceni po różnych miejscach – zaświatów chyba? – usiłujemy się skontaktować]
K: Poczekej, muszę tu coś narysować. Rysuję z pamięci ich ryje.
MW: Twarze, to kobiety są, trochę szacunku.
K: Daj spokój, mają więcej siły niż charyzmy.

[Skontaktowaliśmy się, porównujemy zapiski]
Ew: Ja byłam w mojej wiosce, tylko lepszej – ojciec żył, las nie zjadał ludzi…
E: Ja miałam akurat masakrować osadników.
K: Ja przez zeszłe osiemdziesiąt lat byłem naukowcem.
MW: A ja byłem w robocie.

MW: Ja nie chciałem być pilotem robota. Z robotem mamy wzajemnie korzystny stosunek.
Ew: To się nazywa symbioza. Wyczytałam w almanachu. Fasola z gównem tak ma.

[Wszyty komunikator do robota jest też, niestety, lokalizatorem]
MG: Wydłubanie komunikatora nie będzie proste, oprócz klejnotu on jest też porośniety taką siecią kryształów.
K: Najwyżej go oskórujemy jak królika.
Ew: Ja mam Medycynę i Animal Handling, więc mogę i oskórować, i jak królika.

MG [krzycząc z daleka]: Pięćset lat musiałem czekać na nowych bogów i musieli przyjść akurat jak mi się lać chciało!

[Zdaliśmy egzamin, przyjęliśmy obowiązki bogów tego świata – Apoikilea zostaje bóstwem zniszczenia, złej nowiny, umów i opiekunem umarłych]
MG: Każda rzeź, każda masakra jest w twoje imię. Zabójcy wzywają twojego imienia – ale także ci, którzy się przed nimi bronią.
MW: I jeszcze pakty – jak ktoś zawiera umowę, to w moje imię.
E: Znaczy jesteś bogiem kar umownych?
K: I czynnego żalu.

[Anzelma zostaje boginią odpowiedzialności, osądu i kowalstwa]
Ew: Ja chcę głowę byka, tak jak te bóstwa egipskie.
E: Możesz chyba, nie?
Ew: Pewno, kto bogatemu zabroni.

[Velda zostaje boginią orków, zemsty, ognia, opieki i ochrony]
E: A żeby mnie czcić, wystarczy rozpalić ognisko – fajnie!

[Kent zostaje bóstwem wiedzy, ciekawości i podróży]
MW: A ty co masz jako symbol?
K: Sekstant.
Ew: Nie za trudny?
K: Co „za trudny”, niech się uczą do kurwy nędzy.

Sedno problemu

Ew: Wreszcie coś co znamy. Tunel wyjebany w skale, a na jego końcu jakiś złodupiec. Idźmy nim, proponuję.

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, warlock-hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

[Recap]
K: …Ostatnio skończyło się tak, że przybył mechajezus dokonać osadu.
Ew: Chyba osądu?
K: Nie wiem, nie mam polskich liter.

[Po dokonaniu wężocydu patron przestał odpowiadać, próbuję nawiązać łączność przez wbudowany w ciało klejnot komunikacyjny]
K: Nie nie, MW. klepnął się w klejnoty i spytał jak sytuacja, ale klejnoty nie dostarczyły odpowiedzi.

[Tropikalna wyspa była – kurortem, okazuje się]
Ew: I ludzie płacili pieniądze żeby siedzieć w górze, która się pali?
K: No ludzie tutaj przyjeżdżali, siedzieli w ciepłych źródłach, potem szli się plażować na plaży która się jeszcze nie składała z kości…
Ew: Nie dziwię się że ta cywilizacja upadła. Nie mieliście lepszych rzeczy do roboty?
K: Mieliśmy. Robiliśmy takie rzeczy z trzciny, pletliśmy kocopoły – no jak sobie wyobrazisz to na pewno to było robione. Jeśli klapki ochrony przed lawą nie dały ci obrazu to już nie wiem.

Ew: Zostawiła mu dar – chlamydię.
MW: To by była chlamydia za darmo, nie było wymiany płynów ani wtykania niczego w nic…
K: Chlamydia promocyjna.
B [z offu]: Pierwsza chlamydia gratis.

MG: Są puste dzbany po wodzie z ogórkiem, jeszcze ze śladami ogórka wewnątrz…
Ew: Kto wsadza ogórka do wody?!
MW: Każdy powinien!

[Kurort ma oczywiście spa, basen i jacuzzi – ale co to jest jacuzzi?]
K: Kojarzysz jak wchodzisz do balii i pierdzisz? To tutaj wchodziłeś i balia sama pierdziała.
Ew: Po co chcielibyście czegoś takiego?!
K: Bo możemy! Płacę – żądam!
MG: No, w każdym razie – spa wodne.
K: Spa. Sanus per anum.

[Okazało się, że problemy z naszym światem generuje zmontowany przez kogoś półplan. Rozważamy wysadzenie – tylko co, jeśli wypadnie z niego potężny mag, który go stworzył?]
K: …I wtedy on powie „O KURWA, dzięki, byłem osiemdziesiąt lat uwięziony w tosterze! A tylko chciałem grzankę!”

[Atakować potwora czy jego bicz? Niech będzie że bicz]
MG: Trafiłeś i przeciąłeś.
K: Dziadowski bicz!

Tajne miasto w wulkanie!

Ew: Węże w zikkuracie!

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, warlock-hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

[Recap]
K: Wjebaliśmy waleniowi…
Ew: …Napotkaliśmy mrówki…
K: …I przybylismy do jaszczurów.
Ew: I wyginęliśmy yeti.
K: Strasznie jakieś zoologiczne klimaty.

MW: Zdaję się na twoje większe doświadczenie w kwestii węży.
Ew: Mam Survival oraz Animal Handling, więc wiesz!
MW: No właśnie, ja ani jednego ani drugiego.
Ew: Ale masz węża.
K: Szach-mat, ateiści.

[Nasze postaci są na drodze do ascensji, co wymaga pewnych dodatkowych przemyśleń]
MG: A propos grzybicy, MW wymyśliłeś, czego bóstwem może być twoja postać?

[Po krótkiej rozmowie na temat ewentualnego portfolio]
MW: …A także bogiem – zwiastunem: że jak się pojawia w okolicy to kury się przestają nieść i w zasadzie to pora spierdalać z krowiną do lasu.
Ew: Bogiem niskiego ciśnienia.
K: I złego biometu.

MW: Again, zdaję się na twoje ewidentnie większe doświadczenie w kwestii kilofowania ludzi.
K: Nie miałeś na praktykach na uniwersytecie. Bo już nie było uniwersytetów jak się urodziłeś.
MG: A ty kilofowałeś ludzi na praktykach?
K: Nie wiem, może na wymianie byłem.

MW: To nie jest pała, to jest taki miecz co go robisz jak nie umiesz jeszcze w metal.
Ew: Kij bejzbolowy nadziewany gwoździami!
K: Takie ptasie mleczko, nadziewane czym innym.
Ew: Azteckie. Z takiego ptaka co jest od razu wężem.

K: Idziecie obie z tyłu, rozmawiacie o bolcach i trzymacie się za łapki?

MW: Ja mam skórzaną zbroję, wyślizganą jak pochwa od finki.
Ew: To nie masz już sutów.

[Dłuższą ohydną dygresję później]
K: Przestałem was słuchać, dzięki temu nie muszę was obrzygiwać.

[Infiltrujemy przez komin tajne podziemne miasto wężoludzi – i właśnie się pośliznęliśmy]

MG: Uprzedzam, że wydanie zawodzącego odgłosu zmniejsza wam obrażenia od spadania.

MG: Wyglądają strasznie – jakby ich przeczołgać przez kominek, a potem obtaczać w żarze i mięsie.
Ew: Jak kotlety mielone na zimno, jasne.

[Wężoludzie, okazało się, jedzą istoty rozumne]
K: Czy są tu jakieś nieprzetworzone produkty żywnościowe, które chciałyby zostać uwolnione?
Ew: A ty co, do „Otwartych Klatek” się zapisałeś?

MW: Od czegoś trzeba zacząć. Każdy przemysłowy sabotaż zaczyna się od pierwszego kroku.
E: A czy mamy saboty?
K: Nie, jesteśmy z frakcji która odrzuciła saboty.

MG: To jest dziwne, bo one nie rozglądają się, tylko tak…
MW: …Węszą?
Ew i B [chórem]: Wężą!

MG: Zamieracie.
K: Hide in plain sight.
MG: Wbijasz łopatę i ukrywasz się w jej cieniu. No co, w Wampirze: Maskaradzie to była walidna technika: brałeś dwie łopaty, chowałeś się w cieniu jednej, wbijałeś drugą, przełaziłeś do jej cienia, wyjmowałeś pierwszą… A widać przy tym tylko jedną naraz!
MW: Wyobraź to sobie: świat dookoła porusza się normalnie, a do ciebie poklatkowym ruchem zbliża się łopata!
Ew: Najbardziej scary rzecz jaką sobie wyobraziłam w tym tygodniu.
MG: Weeping Angel, tylko z łopatami.

MG: To halfling, nigdy nie dosyć stóp.
Ew: Widzę go jako taką stonogę. Niski ale szybki.

MG: Śmierdzi ci wężem, do tego przypalonym – elektrycznym węgorzem śmierdzi.

[Po odessaniu do pusta całego wielkiego zbiornika many w okolicach zikkuratu rozlega się potworna eksplozja, ryk oraz przepowiednie zagłady]
K: Czy wezwałeś mechajezusa?

Ucieczka do tropiku

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, warlock-hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

K: Kupuję sobie dwa tysiące bełtów…
E: Żebyś miał czym rzygać?
K: Dokładnie, w podróż morską, trzeba się przygotować.

Ew: Płyniemy. Hej przygodo! -hleeeurgh-

[Amatorzy – wielorybnicy]
MW: …Ale dziabać to ja będę toporem jednoręcznym zwykłym.
K: A co, nie mieści ci się w wirtualnej kieszeni?
MW: Nie, moje skille nie działają na dwuręczne bronie.
K (do Ew): Upierdol mu trzonek.
Ew: Chodź tu i ściągaj spodnie.

MG: Ten topór wydaje się taki malutki w porównaniu z tym ogromnym stworzeniem…
Ew: No, to nie jest małoryb.

Ew: Jaki jest twój sposób na tonięcie?
MW: Zaraz zobaczysz.
[chwilę później]
K: A, twój sposób jest taki, że wieloryb napierdala cię ogonem i nie dotykasz wody w ten sposób?
MG: Nie, jak go jebnie, to do lądu doleci.

K: I psychic damage?
MW: Nie, nie obłożyłem go klątwą.
Ew: Wieloryba to powinieneś obłożyć – uwaga – mątwą!
[wszyscy jęczą]

[Dygresja]
MW: Zdownclockowałem sobie komputer. Poniżyłem mu częstotliwości i wszystko i teraz jak mój komputer nic nie robi to ma trzydzieści osiem stopni.
Ew: To zupełnie jak ja.

[Secret volcano island]
Ew: Kent, dlaczego ta góra się pali?
MG: Widać wyraźnie, gdzie wulkan wybił ostatnio, bo schodzi taki jęzor lawy do morza…
Ew: Kent, dlaczego ta góra ma sraczkę?

MG: To jest pierwszy ananas którego ci ludzie widzą w życiu.
Ew: No hellou, to był też pierwszy ananas którego ja widziałam w życiu! Z początku myślałam że to taki dziwny jeżozwierz!

Ew: Czy my wiemy gdzie iść?
MW: W górę rzeki.
Ew: Ale czy to jest executive decision?
K: No tak, jest gorąco, więc lepiej iść wzdłuż rzeki, żeby nie nosić ze sobą tych beczek z wodą, poza tym do rzeki przychodzą zwierzęta się wyrzygać, więc też korzyść, można je upolować i obmyć. Tak jakbyśmy wzdłuż Biedronek szli.

[Dlaczego na tropikalnej wyspie szybko zapada zmierzch?]
K: No wyobraź sobie, że ten dysk na czterech słoniach, na którym podróżujemy, to tak naprawdę kula, i jak jesteś bliżej równika… Na kokosie mu wytłumaczę.

MG: W teorii za jednego thri-kreena jest 200 xp, spotkaliście ich dwustu, to powinno być czterdzieści tysięcy ekspów…
K: Jestem OK z tym.

Z powrotem w domu

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, warlock-hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

E: Zamiast „piąty krąg” usłyszałam „pięty rąk” i zaczęłam się zastanawiać, czego o postaci MW nie wiem.
Ew: Ma takie suche suche ręce.
MW: A ty masz takie suche suche teksty.
Ew: Widziałam jak to nadchodzi.
MG: Czy ja mogę prosić, żebyście się rozsiedli?

MW: Czyli możesz używać herbalism kitu do produkcji potionów, ale to co ci będzie wychodzić, to nie będą potiony.
Ew: Herbatkę z mięty może.
K: Herbatka paracelsus na bóle i wzdęcia. Nie usuwa bóli i wzdęć.
MG: Powoduje.

Ew: Ochlapać twarz na rozbudzenie, wypić kawę z żołędzi…?
MW: To będzie bardzo mała kawa.
MG: Dick-spresso.

MG: Sfinksy mają alignment jakoś w okolicy Lawful…
MW: Po sfinksie bym się spodziewał Lawful Neutral.
Ew: O, to się dogadamy.
MG: Sfinksy lubią zagadki, intelektualne czalendże…
Ew: O, to się nie dogadamy. Może wy.
MW: Może on.
Ew: A ty co, dziś się czujesz mentalnie słaby? Wstałeś z łóżka lewą półkulą?
MG: Ja pierdolę. Czy ona tak…?
MW: Taaa. Przywykłem.
MG: Kurna, od tej strony co ona zwykle siedzi to masz o tyle grubszą skórę.
K: Cieszysz się że masz koty, co? One nie wstają rano i nie zaczynają mieszać cię z błotem.

[Dygresja]
MG: …I ja wtedy weterynarzowi mówię „nie, kot nie saneczkuje.” O, widzę że pan specjalista, wet mi na to…
K: Dobra, saneczkujmy w stronę tego potwora, co?

[Banda orków przechwyciła grupę pobratymców w celu konsumpcji]
E: Mam potrzebę wkroczenia i przerwania tej sceny. Czy jesteście w tym ze mną?
K: Będziemy pół kroku za tobą.
Ew: Tak! Kanibalizm jest zły! Jak się właśnie dowiedziałam…

MG: On ci mówi, że prawem silnego jest brać to czego potrzebuje.
E: A ja mu, że prawdziwą siłą jest honor, dbanie o tych co potrzebują pomocy, i takie tam lewicowe frazesy.

E: …Trzeci atak tylko dwanaście.
K: Tyle [AC] to ma jego kolczuga, jak stoi w przedpokoju.

Ew: No to czaneluję diwinity, mój miecz rozjarza się ogarniętym światłem, i to zużywa akcję?
MG: Tak.
Ew: No to tyle. Jeszcze mój święty okrzyk: „kurwa ZNOWU…!”

K: …I wykonam atak, na szczęście z adwantadżem, bo żaden z nich jeszcze nie działał…
Ew: Atak z kuszy nim się kto ruszy.
MG: Ale rozumiem w orka?
K: Tak, w któregoś z tych w środku.
Ew: Orka w worka!

MG: Sfinks teleportuje się do ciebie i lu!
K [nuci]: „Ojciec Pio kiedy chciał, mógł się teleportować…”
Grupa: ?!
K: No przeróbka tej Baśki co miała fajny biust.
MG: No kurwa, skupcie się trochę!
MW: Tak, dostałeś lutę w dwadzieścia.
Ew: Dostał lutę za tę nutę!

MW: Ilu ich tam zostało?
MG: Siedmiu.
MW: Dobrze, polowę już zutylizowaliśmy.
Ew: Nie mów tak, to jej półbratymcy.

[Rozmowa z narzeczonym siostry mojej postaci]
MW: Dobrze, chciałbym się dowiedzieć, co tu zaszło.
Ew: Ona!

MG jako NPC: Wiecie co, to tak nie przejdzie.
MG: Wystawia na stół gąsiorek.
MW: Nooo, biez połlitra…
Ew: …Nie razbieriosz.
MG: Matka zostawiła z czasów przed Upadku, elfią nalewkę.
E: Na śliwkach?
MG: Nie, elderberries.
Ew: As in „your mother smelt of.