Przypinaj odznakę i w drogę

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Apoikilea, hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Kent w delegacji.

Prowadzi: J.

[Rozważamy wzmocnienie pancerzy – może kolczuga z mithrylu?]
MW: Mitrylowa żonobijka.
Ew: Ależ to musi obcierać suty!
MW: Zakłada się pod to włosiennicę i jest spoko.

[A może, jako że jesteśmy przy pieniądzu, emerytura…?]
MW: Jeszcze jest taka kwestia nadchodzącego inevitable doom.
Ew: A tak. To.
MW: Ty to wiesz, nie doczekasz, ale ja jakbym poszedł na emeryturę teraz, to jeszcze to zobaczę.
Ew: Wow. Ale przyjemny jesteś.
MW: No co? Człowiek.
MG: Your lifespan is a joke!

MW: Nigdy nie wiadomo czy będzie okazja żeby poprawić, więc daję z siebie wszystko pierwszym strzałem.
Ew: Czy to twoja strategia na dziewczęta?
MW: Tak.
[A potem była runda potwora i Apoikilea się złożył]
Ew: Raz jebnął i padł. Czy to także jest twoja strategia na dziewczęta?

MG: Leży takie wielkie, przebite, powietrze z niego schodzi…
Ew: Jak z przebitej piłki? Fuj. Ciekawe co ma w środku. Nie chcę wiedzieć.

MW: Dobra, co to jest i czy można z truchła pozyskać coś przydatnego?
[jeden rzut na Arcana później]
MG: To jest beholder. Można z niego uzyskać oczy i kły.
Ew: Czy w jego oczach mieszka piękno?
MW: No to zakładam rękawice po pachy i przystępuję do demontażu truchła na komponenty. Potem je schowam do Bag of Holding. [Do E., która nosi BoH] Cieszysz się? [pauza, brak odpowiedzi] Dobra, to cichcem schowam, będzie mieć niespodziankę.

MW: Przepraszam, ale czy z braku Kenta jestem jedyny, który się wyznaje na Arcana?
E: Tak.
Ew: Tak. Nie żeby mnie to napawało otuchą, ale tak.

[Wypowiedź o „zarządzaniu oczekiwaniami” spotkała się z niezrozumieniem]
MW: …To ja upraszczam ze dwa oczka.
Ew: Tak, poproszę, bo ja napierdalam młotkiem w rzeczy for a living, a ona jest półorczycą.
E: Ej! Ja jestem prosty wojownik, moja rasa nie ma tu nic do rzeczy.
Ew: A to przepraszam.
MW: Wow. Human privilege.

MG: Serwują tu lokalne piwo z wkładką wzmacniającą, ten lokalny specjał faktycznie zrywa buty.
Ew: Rosną nam od niego włosy na piersiach pierwsze, całej trójce?

MW: Czy stwory mają jakieś oznaki cywilizacji na sobie?
Ew: Znaczy co, tablice rejestracyjne?

[Wymaksowany rzut na obrażenia, najwyższe wyniki na wszystkich użytych kościach]
MG: Straszliwe cięcie rozpłatuje istotę, odpada mu płyta pancerza, posoka bluzga wszędzie, stwór zaczyna się cofać…
Ew: Zaczynam cię szanować jako mężczyznę.

[W starciu z hipnotyzującymi potworami Velda WRESZCIE zdaje save]
MG: Widzisz przed sobą wielkiego stwora, który cię tak w zamyśleniu żuje: patrzy ci w oczy, hipnotyzuje, takie światełka mu się kręcą, i tak cię delikatnie przeżuwa od dołu.

[Posiekane potwory były już niemłode]
MG: W sumie nie jest powiedziane, że wszystko co przez portale wpada na ten świat…
MW: …Musi być młode.
MG: Chujowa emerytura. Zamiast daczy – leczo.

MG: Lokalni bardzo zdziwieni, bo nie widzieli niczego takiego.
Ew: No my tu też mamy naszą półorczycę, która nie widziała, a uwierzyła.

E: Ale to było kripi. Obudziłam się będąc jedzoną. Czuję się zbrukana.
Ew: Można powiedzieć, że obudziłaś się akurat na śniadanie.

Ew: To włazimy do dziury.
MW: Ty idziesz pierwsza.
Ew: To ja jestem ostrym końcem, tak? OK.

[Po kolacji Velda obudziła się ze straszliwymi bólami – operacja ujawniła kawał mięsa, który wydobyty z żołądka zaczął rosnąć. Podejrzewamy mięso z grilla.]
Ew: To jak się teraz dowiedzieć, co to właściwie jest?
MW: Prosto, trzeba zrobić stakeout.
Ew: Haha, steak – out!

MW: Dobra, panie doktorze – czy pani doktór?
MG: Pani doktór.
Ew: Rozchełstuj koszulę i załączaj czarm. Trzeba się uprzedmiotowić czasem.

Reklamy

Potężna uwięziona istota. Znowu.

[Recap]
K: …W środku siedział kolesław i mówił „Rozkujcie mnie, na pewno będę fajny”. Rozkuliśmy. Nie był fajny.

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

MW: Ale co, portal to nie jest przestrzeń międzywymiarowa, tak? OK, bo zasadniczo złym pomysłem jest wtykanie przestrzeni międzywymiarowej do przestrzeni międzywymiarowej.
K: Powstaje wtedy przestrzeń Banacha.
MW: Bananacha, a wszyscy się robią żółci i zgięci.

[Wpadliśmy jakby w magiczne śmietnisko, pełne detrytusu…]
E: A czy te rzeczy są znajome? W sensie, czy wyglądają…?
MG: Bardziej to on, bo on żył przed wielkim ups, ale –
K: Stylistykę lat 60 z Fallouta rozpoznaję? „Maaaaybeee…”?

[…szkieletów, rozbitych magicznych przedmiotów, magicznych latających pojazdów…]
MG: Wygląda jakby magiczne przedmioty powybuchały.
K: Czyli chcesz powiedzieć, że statek powietrzny wybuchł od środka, podchodząc do lądowania…? I był król olch? Jesteś pewien że olch?
MW: Pierdolnąłeś się w drzewach?
Ew: W drzewa.

Ew: Czyli dobrze mówiłam, że trafiliśmy do kosza na śmieci.
MW: Na śmietnik historii!
Ew: Trashcan of ideology!

E: Taka ładna literówka, „Król Loch”…

MG: Taka struktura – najpierw była taka gąbka, a potem takie korzenie.
Ew: Najpierw chujnia, a potem grzybnia?

[Wielkie pomieszczenie porośnięte grzybnią, która niestety pęka od nieostrożnego chodzenia po niej.]
Ew: A jak to reaguje na ogień?
MG: A jak to sprawdzasz?
Ew: No mam latarnię.
MG: Latarnia nie jest otwartym płomieniem.
Ew: A jakbym się uparła?
K: To grzybnia opierdoli ci kapcie. Weź wyłaź, podejrzane eksperymenty będziesz robiła później.

MG: O, i dwa takie.
MW: Wygląda zupełnie nie tak jak się nazywa.
MG: Otyugh.
MW: Znaczy utiug. Utiug to po rosyjsku żelazko, one nie wyglądają jak żelazka.
K: Dotknij, sprawdź czy ciepłe.

MG: Bije od nich uczucie wielkiego głodu. Czujecie je w umysłach.
Ew: Znaczy burczy nam w głowach?

[Gęby otyughów są brudne i paskudne]
MG: …Ty możesz być zarażona chorobą?
Ew: Nie! Jestem odporna na wściekliznę, albowiem zostałam zaszczepiona!
MG: Możesz mieć alternatywną robotę.
MW: Możesz być rakarzem.

MG: Trafia cię macką.
Ew: On ją maca, mimo ACa.

MG: Jesteś złapany mięsistą macką i delikatnie żuty.

Ew: Złapał cię i mu się spodobało.
MW: Ten co mnie złapał to już nie żyje.
K: Zaraził się.
Ew: Czym, byciem półelfem?

[Jak stoimy z prowiantem?]
K: Spoko, w Bag of Holding mamy ogórki kiszone.
MG: Małosolne, w Bag of Holding bakterie się nie mnożą i kiszone nie wychodzą.

[Uwalniamy potężną istotę czy nie?]
K: Tak, to dobry pomysł. Jest nas tu czworo melepetów, nie znamy się na niczym, kluczową dla losów świata decyzję podejmijmy przez rzut monetą. Będzie to znakomicie wyglądało w podręczniku historii, nawet jeśli przez trzy lata.

Nie doczytaliśmy drobnego druczku

MG: W nozdrzach czujesz delikatny zapach eteru. Ozonu! Ozon miałem na myśli!

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

MG: Turlnij sobie.
K [rzuca]: O jezu.
MG: Jedynka na kości?
K: Nie, uczciwe sześć.
MW: To ja sprawdzę jakich bzdur on tam napisał. [turla] O kurwa.
MG: Ile?
MW: Osiem.
K: Zaczęło się.

E: Czyli Sending to czar szpiegów.
MG: No a nie? Każdego ze scrollem Sendingu powinno się rozstrzeliwać.

K: …A nie mam Tourette’a. Przynajmniej zdiagnozowanego.
MW: Zespół Turreta. Obracasz się w kółko i strzelasz do czego popadnie.

Ew: Ja mam hooded lantern.
K: Lantern Hood. Świeci biednym i zabiera bogatym.

Ew: To jak wy wszyscy macie night vision, to może ja nie będę zapalać tej latarni…?
K: Tak, powiemy cię jak cię coś będzie gryzło.

[Paladynka rzuca Sacred Weapon i…]
MG: Twój miecz rozjarza się rozsądnym światłem; nikogo nie oślepia, ale wszystko widać.

[Martwiaki dziwnie oporne na odwracanie]
MW: Co on, advantage ma?
MG: Tak, Turning Defiance.
K: Turning the fajans.

MW: Co to było?
MG: Ghasty.
Ew: Czyli to była – drobna ghastronomia.

[Jak się pozbyć zezwłoków nieumarłych? Polać wodą święconą? A może spalić?]
MG: Kurwa, wyobraziłem sobie poszukiwaczy przygód, siedzących przy takim ognisku z ghastów…!
Ew i MW chórem: Ogniska już doghasta blask!
[przybijają piątkę]

MG: Myślę że moim następnym achievementem będzie prowadzenie bliźniakom.
K: Zrośniętym.
MG: Dupami.

MW: Jak się nazywał ten twój ptak zeszłym razem? Matylda?
K: Klara.
MW [do Ew]: Oswoił sobie mewkę, ale nie miał czasu się nią zajmować, bo ciągle w delegacji.
MG: Tak, on się tam teleportował, latał latającym statkiem, a ta mewa tam za nim… Umięśniona taka że mogłaby skrzydłami łupać orzechy.
K: Stekiem.

MW: To ja słowo na niedzielę, miecz zapala się czarnym światłem i spróbuję jej dokurwić.
MG: Słowo na niedzielę: ablucja.
K: Wydzielina.
MG: Miecz mu nabrzmiał.

[Kostki zawiodły nas przy rozważaniu umowy z potężnym Fae, dla śmiechu rzuciliśmy na inteligencję oswojonemu krukowi – natural 20.]
MW: Kapitan Melepeta i Melepetarianie.
E: A kto jest kapitanem?
K: No przecież powstawał z połączonych mocy. Kruk daje inteligencję.

Makieta potwora

[MG opisuje świat]
MG: …Zostały miejscowości które były zbyt biedne żeby mieć portal i dojeżdżał do nich autobus.
MW: PKS do Kłodzka.

System: DND 5 ed, świat po załamaniu magitechnologicznej cywilizacji

Grają:
Velda, łowczyni potworów, napakowana półorczyca: E.
Anzelma, paladynka idei odpowiedzialności, z zawodu kowal: Ew.
Kent, ranger-intelektualista, mikry nawet jak na halflinga: K.
Apoikilea, hexblade, dwumetrowy półelf: MW.

Prowadzi: J.

[Golemy-dźwigi portowe]
MG: Wydawało się takiemu olbrzymowi polecenia, na przykład „weź i rozładuj ten statek”.
K: A on przynosił cały i mówił „przyniosłem ci cały, znajdź sobie sam, nie będę ci w tym grzebał”.

[Przepływająca przez miasto rzeka zamieniła krater po detonacji portalu w spore, idealnie okrągłe jezioro]
K: Najgorsze że ta rzeka komuś cieknie na łeb dziurą po portalu. Wkurwia to, no ale co można zrobić. Ze spłuczki cieknie.

[Czytamy umowę, szukajac kruczków]

E: Czy ja też mogę rzucić? Mam trzy.
K: W sumie?
MG: Nie za dobrze.
K: Podpisałaś kota.
MG: Wzięłaś kredyt w złotówkach.
Ew: W Providencie.

K: Jestem dwa razy mniejszy od przeciętnego reprezentanta ich drużyny.
Ew: Czy nie powinniśmy mieć dwóch takich?
K: Czy jest jakiś problem?

E: Co tu się krzyczy jak nie ma bogów?
Ew: Za reasonably priced love i jajko na twardo?
MG: Za cywilizację! Za ludzkość!
K: Ona to za orczość.
MG: Jako półork może wybrać czy za ludzkość czy za orczość.

[Pierwsze dwie walki, festiwal jedynek]
MW: Jeśli następne walki będą mi szły tak samo dobrze, w następnym mieście kupuję bałałajkę i będę przygrywał.
E: Bardowie są fajni.
Ew: Będzie krzyczał, i z jakiegoś powodu nam będzie od tego lepiej.

MG: Uważasz że umiejętność rozmawiania ze zwierzętami nie jest magiczna?
Ew: Jest księżniczką Disneya.
MG: Ma to w pakiecie.

[W potyczce z przygodnym potworem Kent stracił jednego ze swoich mułów.]
Ew: Może byśmy coś ojebali na śniadanie?
MW: Muła.
K [ciężko patrzy]: Oswajam sobie kruka. Karmię go.
MG: Czym?
MW: Mułem.
K [patrzy ciężko]: No jebnę mu.
MW: Rozładowuję sytuację humorem.

Ew: Czuję się bardzo źle z tym, że żartuję ze śmierci niewinnego zwierzęcia.
Masz na mnie zły wpływ.
MW: Jako ja czy in character?
Ew: Tak.

Ew: Czyli nie dość że w nic nie trafiasz, to jeszcze jesteś tępy…?
MW: Jak cię zaraz strzelę w łeb…
B (z offu): …To pewno sobie coś zwichniesz.

[Potwór napadający wioskę okazał się podróbką, szukamy śladów w lesie i…]
MG: W pewnym momencie z krzaków zionęło na ciebie ogniem, chmura ognia obejmuje cię, oblepia…
K: Znalazłem coś.

[Walka! RNGJesus nadal nas nie cierpi.]
E: Jedynka.
K: Zacięłaś się przy goleni.

MG: Istota otwiera usta, które są pełne takich iglastych zębów.
Ew: Zupełnie jak moja polonistka.

[Apoikilea przyznaje się, że ma patrona, z którym komunikuje się przez magiczny komunikator]

E: To cię nie kosztuje many?
Ew: I to jest twoje pierwsze pytanie? Facet ma wtopiony kryształ w cycka, gada chuj wie jak, chuj wie z kim, chuj wie o czym, a twoje pierwsze pytanie jest, czy roaming ma za darmo?!

I to by było na tyle.

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.
Grud, wojownik, człowiek: W.

Prowadzi: J.

[Recap]
K: No i wtedy pojawił się taki wielki dżinn…
MW: …Ale nic nie mówił…
K: Tak, przemawiał uniwersalnym językiem wpierdolu.

K: Jak się jutro obudzimy, to będę miał planeshifta. Będziemy mogli wrócić do domu.
[pauza]
K: Jeżeli się jutro obudzimy.
MW: Właśnie nabierałem powietrza.

[Bogini szybko nabiera samodzielności, ale umysłowo nadal nastolatka]
K: …No i oprócz tego jest całkiem niezła.
MW: Wiesz co, jak będzie miała mentalnie koło dwudziestki, to wtedy dopiero zauważę że jest całkiem niezła.
W: Tak długo?
K: Staruszki lubi.
W: Bo wiesz, Borsuk się tu kręci.
K: A Borsuk kręci się, przypominam, na wysokości bobra.
P: Zaraz, bo nie dosłyszałem, co Borsuk miałby?
K: No masz staff, masz Animate Object, masz ostatniego slota, naprzód.
MW: Ejże. Poza tym ja mam Mage Hand, też przydatne, więc no.

P: To ja tradycyjnie wołam „Liza, wzmocnię cię!” i zamieniam ją – ale tu mam wątpliwość, bo jak ją zmienię w wielką małpę, to małpa może wziąć miecz, i to by nie było dobre. Więc zamieniam ją w tyranozaurusa rexa, on nie będzie łapał.
K: Na coś się przydają te małe rączki. Nie będzie łapać miecza, nie będzie klaskać przy lądowaniu, idealny pasażer.

W: Zapomniałem o Defense.
MW: Zasłaniać tyranozaura tarczą…?
W: Przepisy pozwalają!

MW: Czy ktoś może mnie uleczyć?
P: Ilu ci brakuje?
MW: No 54 obrażenia.
P: To wiesz co, mogę cię strzelić w ryj a potem wyleczyć z pełnych 70.

MW: Dobra, bo to może być ostatnia rzecz którą zrobię w życiu – to zanim pójdę, to dam bogini jakieś imię. Żeby było po elfiemu i jakieś ładne w miarę.
W: Aldona.
K: Od tego tipsy jej same wyrosną! 

[Ostateczna konfrontacja – jedynym sposobem na Tiamat jest uderzenie portalu artefaktycznym mieczem, co spowoduje eksplozję której jej fizyczna forma na pewno nie przeżyje, tak samo jak uderzający. Próbujemy z powietrza wrzucić miecz, ale jest problem – nie mogę go puścić.]
MW: Po prostu mnie upuść!
K: Nie! Wiem! Urwę mu ręce! To się zregeneruje!

[Po wszystkim okazało się że Grud – nieokrzesany, ciut prymitywny żołdak – tak naprawdę jest smokiem.]
K: A czy jesteś smokiem z brzuszkiem? I wąsem, i plerezą?
MG: Tak.
K: I z nerką, i sprzedaje dolary!
W: Mniej więcej za to mnie zamienili.

[Epilog i dalsze losy postaci]
K [do E.]: Jeszcze ci questów mało? Jakaś jesteś niedodrapana.

W: Wiesz co, to ja jednak bym wziął to miejsce w Radzie Smoków. A jak mi ktoś będzie podskakiwał, będę mówił zawsze to samo: „Nie widziałem cię jak pokonywaliśmy Tiamat, więc cicho tam.”

Uff! Jesteśmy w Piekle!

MG: Chciałem powiedzieć, że on [pokazuje na MW] osiwiał trochę.
P: On ma włosy?

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud nieobecny.

Prowadzi: J.

K: Bo mieliśmy tu taką todo listę: pozbyć się pleców MW…
E: …Oddać oczy…
MG: …Wrzucić oczy do wulkanu…
MW: Nie oczy do wulkanu tylko monetkę do studni.
K: I coś tam jeszcze z tą Tiamat.
MW: A tak, racja.

MG: Gdyby była…
K: …np. Thajką, to miałaby freda przyklejonego taśmą do pleców. Czerwona Bogini z Thaju, to mam na myśli.

K: Działamy w interesie Wybrzeża Mieczy i istot dobrych, albo przynajmniej średnich.

[W parku w dobrej dzielnicy githyanki rozłożyli się obozem. Przekradamy się…]
MG: Za barierą krzaków okolica wygląda jak zasiedlona przez biednych ludzi.
MW: Jasne.
MG: Takie, wiecie, hovels.
K: Ta. Konstrukcje z europalet…
MG: …blachy falistej…
MW: …kartony po lodówkach…
K: Koksownik stoi, gith-ludzie dziarają sobie kropki…

[„Be careful what you wish for.”]

MG: Z powietrza wyskakuje taka postać – w zbroi pokrytej napisami, które znasz na pamięć, masz je wypisane w sercu.
K: A jaki, bo ja różne takie napisy też rozumiem?
MG: No tak w skrócie to „przybywaj i pożryj ten świat”.
K: Pustka Walcząca!

[Ostatni hitpoint]

E: To ja znowu mass healing wave, MW mówił że ma jakieś braki.
K: Tak, kurwa, jakieś braki, to tak jakbyś powiedziała że wypadanie odbytu to jest drobna przypadłość!
MW: To drobna wypadłość raczej.

[Sovelien padł w ciężkiej walce, a wtedy bogini, która ostatnio się do nas przybłąkała, rozwinęła portfolio i unicestwiła przeciwnika jednoczesnym zionięciem z pięciu smoczych głów]
MW: Powiedzieć ci kto to jest? Serio? Chcesz wiedzieć kto to jest?
K: Powiedz mu kto to jest, my mamy bekę, niech i on ma.
MW: Dobra, to mu powiem.
P: No widzę ją pierwszy raz w życiu.
MW: My już ją chwilkę znamy, ale też byliśmy trochę zaskoczeni. Otóż to jest, uważasz – Tiamat.
P: Jaja sobie robicie?

Miasto w kształcie donuta

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud i Borsuk nieobecni.

Prowadzi: J.

MG: Ulicą przewala się tłum, złożony z istot wszelkiego rodzaju. Takich o których istnieniu wiedzieliście, takie które sobie tylko wyobrażaliście, i takie których wolelibyście nie. Ulicą idą drzewa, demony, githyanki, ludzie, elfy…
K: …Wielki czerw…
MG: …Wielki czerw, smokowce, no wszystko.
MW: Cały Monster’s Manual.
MG: Cała inteligentna część, tak.

K: To ja zanim wyruszę, to zreferuję wam mój znakomity plan. Zamienię się w latającego węża i będę godzinę latał po mieście. Pamiętacie jak to się skończyło w ostatnim mieście, więc trzymajcie kciuki.
E: Jakiś kontakt z tobą będziemy mieć?
K: Przez prasę. Ogłoszenie drobne wykupię. „Aaaby zapoznać się z wężem, pisz.
Tylko fotooferty.”

[Mamy kilka spraw w Sigil, postanowiliśmy zacząć od zwrotu oczu prawowitej właścicielce, bo uznaliśmy że to najprostsze. Ależ byliśmy naiwnymi łosiami.]

MG: W powietrzu gromadzi się elektryczność statyczna, słychać potrzaskiwania wyładowań, włosy stają ci dęba – ty masz włosy? Jako twoja postać?
MW: Ej!
MG: No co, upewniam się.

[Właścicielka zaczęła nas okładać piachem, piorunami i rozżarzonymi kamieniami, próbujemy po dobroci]
K: To jeśli to jest duża istota, i ona nas będzie teraz nakurwiać, to ja teraz wystawię czempiona.
MG: Walka z parówką na wierzchu?
K: Tak, żeby mnie piorun strzelił w sam czubek.

[E. wraca po krótkiej przerwie]
E: Coś mnie ominęło?
K: MW grozi Shocking Graspem oczom. „Kultury trochę, bo oczy oberwą!”
E: Szantaż taki? I jaki efekt?
K: Zakaz trybunowy.
E: Co?!
MG: UEFA na nas sankcje założy. Albo Komisja Wenecka.
K: Będzie wiosłem machać.

[Właścicielka oczu okazała się boginią – tylko czego?]
MG: Wiesz, zaginionych bogów na samym Faerunie jest jak psów.
K: Tak, no ale może mi się jakiś rzucił w oczy.
MW: Haaa! I see what you did there.
MG: Haaa! Double pun! Patrzę i podziwiam, milordzie.

[Jako że bogini – na nasze szczęście – nie jest całkiem sprawna, wzięliśmy ją pod opiekę.]
MG: …Sama nie mówi, i robi się niespokojna jeżeli nie ma cię w zasięgu wzroku.
MW: Kurde. Jak to się nazywa u ptaków? Imprint? Że pisklę uważa że pierwsza rzecz którą zobaczyła to matka? Mogło być gorzej, dobrze że się na kombajnie nie zafiksowała.