I to by było na tyle.

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.
Grud, wojownik, człowiek: W.

Prowadzi: J.

[Recap]
K: No i wtedy pojawił się taki wielki dżinn…
MW: …Ale nic nie mówił…
K: Tak, przemawiał uniwersalnym językiem wpierdolu.

K: Jak się jutro obudzimy, to będę miał planeshifta. Będziemy mogli wrócić do domu.
[pauza]
K: Jeżeli się jutro obudzimy.
MW: Właśnie nabierałem powietrza.

[Bogini szybko nabiera samodzielności, ale umysłowo nadal nastolatka]
K: …No i oprócz tego jest całkiem niezła.
MW: Wiesz co, jak będzie miała mentalnie koło dwudziestki, to wtedy dopiero zauważę że jest całkiem niezła.
W: Tak długo?
K: Staruszki lubi.
W: Bo wiesz, Borsuk się tu kręci.
K: A Borsuk kręci się, przypominam, na wysokości bobra.
P: Zaraz, bo nie dosłyszałem, co Borsuk miałby?
K: No masz staff, masz Animate Object, masz ostatniego slota, naprzód.
MW: Ejże. Poza tym ja mam Mage Hand, też przydatne, więc no.

P: To ja tradycyjnie wołam „Liza, wzmocnię cię!” i zamieniam ją – ale tu mam wątpliwość, bo jak ją zmienię w wielką małpę, to małpa może wziąć miecz, i to by nie było dobre. Więc zamieniam ją w tyranozaurusa rexa, on nie będzie łapał.
K: Na coś się przydają te małe rączki. Nie będzie łapać miecza, nie będzie klaskać przy lądowaniu, idealny pasażer.

W: Zapomniałem o Defense.
MW: Zasłaniać tyranozaura tarczą…?
W: Przepisy pozwalają!

MW: Czy ktoś może mnie uleczyć?
P: Ilu ci brakuje?
MW: No 54 obrażenia.
P: To wiesz co, mogę cię strzelić w ryj a potem wyleczyć z pełnych 70.

MW: Dobra, bo to może być ostatnia rzecz którą zrobię w życiu – to zanim pójdę, to dam bogini jakieś imię. Żeby było po elfiemu i jakieś ładne w miarę.
W: Aldona.
K: Od tego tipsy jej same wyrosną! 

[Ostateczna konfrontacja – jedynym sposobem na Tiamat jest uderzenie portalu artefaktycznym mieczem, co spowoduje eksplozję której jej fizyczna forma na pewno nie przeżyje, tak samo jak uderzający. Próbujemy z powietrza wrzucić miecz, ale jest problem – nie mogę go puścić.]
MW: Po prostu mnie upuść!
K: Nie! Wiem! Urwę mu ręce! To się zregeneruje!

[Po wszystkim okazało się że Grud – nieokrzesany, ciut prymitywny żołdak – tak naprawdę jest smokiem.]
K: A czy jesteś smokiem z brzuszkiem? I wąsem, i plerezą?
MG: Tak.
K: I z nerką, i sprzedaje dolary!
W: Mniej więcej za to mnie zamienili.

[Epilog i dalsze losy postaci]
K [do E.]: Jeszcze ci questów mało? Jakaś jesteś niedodrapana.

W: Wiesz co, to ja jednak bym wziął to miejsce w Radzie Smoków. A jak mi ktoś będzie podskakiwał, będę mówił zawsze to samo: „Nie widziałem cię jak pokonywaliśmy Tiamat, więc cicho tam.”

Uff! Jesteśmy w Piekle!

MG: Chciałem powiedzieć, że on [pokazuje na MW] osiwiał trochę.
P: On ma włosy?

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud nieobecny.

Prowadzi: J.

K: Bo mieliśmy tu taką todo listę: pozbyć się pleców MW…
E: …Oddać oczy…
MG: …Wrzucić oczy do wulkanu…
MW: Nie oczy do wulkanu tylko monetkę do studni.
K: I coś tam jeszcze z tą Tiamat.
MW: A tak, racja.

MG: Gdyby była…
K: …np. Thajką, to miałaby freda przyklejonego taśmą do pleców. Czerwona Bogini z Thaju, to mam na myśli.

K: Działamy w interesie Wybrzeża Mieczy i istot dobrych, albo przynajmniej średnich.

[W parku w dobrej dzielnicy githyanki rozłożyli się obozem. Przekradamy się…]
MG: Za barierą krzaków okolica wygląda jak zasiedlona przez biednych ludzi.
MW: Jasne.
MG: Takie, wiecie, hovels.
K: Ta. Konstrukcje z europalet…
MG: …blachy falistej…
MW: …kartony po lodówkach…
K: Koksownik stoi, gith-ludzie dziarają sobie kropki…

[„Be careful what you wish for.”]

MG: Z powietrza wyskakuje taka postać – w zbroi pokrytej napisami, które znasz na pamięć, masz je wypisane w sercu.
K: A jaki, bo ja różne takie napisy też rozumiem?
MG: No tak w skrócie to „przybywaj i pożryj ten świat”.
K: Pustka Walcząca!

[Ostatni hitpoint]

E: To ja znowu mass healing wave, MW mówił że ma jakieś braki.
K: Tak, kurwa, jakieś braki, to tak jakbyś powiedziała że wypadanie odbytu to jest drobna przypadłość!
MW: To drobna wypadłość raczej.

[Sovelien padł w ciężkiej walce, a wtedy bogini, która ostatnio się do nas przybłąkała, rozwinęła portfolio i unicestwiła przeciwnika jednoczesnym zionięciem z pięciu smoczych głów]
MW: Powiedzieć ci kto to jest? Serio? Chcesz wiedzieć kto to jest?
K: Powiedz mu kto to jest, my mamy bekę, niech i on ma.
MW: Dobra, to mu powiem.
P: No widzę ją pierwszy raz w życiu.
MW: My już ją chwilkę znamy, ale też byliśmy trochę zaskoczeni. Otóż to jest, uważasz – Tiamat.
P: Jaja sobie robicie?

Miasto w kształcie donuta

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud i Borsuk nieobecni.

Prowadzi: J.

MG: Ulicą przewala się tłum, złożony z istot wszelkiego rodzaju. Takich o których istnieniu wiedzieliście, takie które sobie tylko wyobrażaliście, i takie których wolelibyście nie. Ulicą idą drzewa, demony, githyanki, ludzie, elfy…
K: …Wielki czerw…
MG: …Wielki czerw, smokowce, no wszystko.
MW: Cały Monster’s Manual.
MG: Cała inteligentna część, tak.

K: To ja zanim wyruszę, to zreferuję wam mój znakomity plan. Zamienię się w latającego węża i będę godzinę latał po mieście. Pamiętacie jak to się skończyło w ostatnim mieście, więc trzymajcie kciuki.
E: Jakiś kontakt z tobą będziemy mieć?
K: Przez prasę. Ogłoszenie drobne wykupię. „Aaaby zapoznać się z wężem, pisz.
Tylko fotooferty.”

[Mamy kilka spraw w Sigil, postanowiliśmy zacząć od zwrotu oczu prawowitej właścicielce, bo uznaliśmy że to najprostsze. Ależ byliśmy naiwnymi łosiami.]

MG: W powietrzu gromadzi się elektryczność statyczna, słychać potrzaskiwania wyładowań, włosy stają ci dęba – ty masz włosy? Jako twoja postać?
MW: Ej!
MG: No co, upewniam się.

[Właścicielka zaczęła nas okładać piachem, piorunami i rozżarzonymi kamieniami, próbujemy po dobroci]
K: To jeśli to jest duża istota, i ona nas będzie teraz nakurwiać, to ja teraz wystawię czempiona.
MG: Walka z parówką na wierzchu?
K: Tak, żeby mnie piorun strzelił w sam czubek.

[E. wraca po krótkiej przerwie]
E: Coś mnie ominęło?
K: MW grozi Shocking Graspem oczom. „Kultury trochę, bo oczy oberwą!”
E: Szantaż taki? I jaki efekt?
K: Zakaz trybunowy.
E: Co?!
MG: UEFA na nas sankcje założy. Albo Komisja Wenecka.
K: Będzie wiosłem machać.

[Właścicielka oczu okazała się boginią – tylko czego?]
MG: Wiesz, zaginionych bogów na samym Faerunie jest jak psów.
K: Tak, no ale może mi się jakiś rzucił w oczy.
MW: Haaa! I see what you did there.
MG: Haaa! Double pun! Patrzę i podziwiam, milordzie.

[Jako że bogini – na nasze szczęście – nie jest całkiem sprawna, wzięliśmy ją pod opiekę.]
MG: …Sama nie mówi, i robi się niespokojna jeżeli nie ma cię w zasięgu wzroku.
MW: Kurde. Jak to się nazywa u ptaków? Imprint? Że pisklę uważa że pierwsza rzecz którą zobaczyła to matka? Mogło być gorzej, dobrze że się na kombajnie nie zafiksowała.

Parazytologia stosowana

W: A czy nie jest tak, że jak level skacze, to automatycznie ma full HP?
K: Tylko w grach wideo.

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.
Grud, wojownik, człowiek: W.

Prowadzi: J.

MG: Niektórzy tu próbują prowadzić i popełniają takie kardynalskie pomyłki.
MW: Kardynalska pomyłka to jak źle zagłosujesz i papieżem zostanie nie ten co trzeba?
K: Brązowy dym.

E: Ale do karczmy poszli tylko MW i K?
K: Tak, ale mamy duży staying power. Ja mam 1 HP, ty masz 27…

MG: Siadacie w pobliskim pubie, rozglądasz się, wypuszczasz magiczny sensor. Po cichu, tak jak się powinno wypuszczać sensor w pubie…

[Próbujemy się dostać do porządnej knajpy, ale nijak nie idzie]

MG: Kawałek wiedzy dla ciebie: porządne knajpy rzucają sobie czar w rodzaju „Repel Insects”, żeby nie mieć wewnątrz much, wszy, innych takich.
K: Szczurów?
MW: Wiesz, to może być „Repel Vermin”, i wtedy myszę i szczura też odepchnie.
K: Ale na przykład glista ludzka…
MW: Nie podoba mi się kierunek tej rozmowy i z góry się nie zgadzam.

K: Rozmawiałem ostatnio z laską, która pracuje w SpaceX, i mówi że ich ulubionym słowem we firmie jest „RUD” – Rapid Unscheduled Disassembly.

P: Druid może zmienić płeć, nie?
K: Nie.
P: To ja ci mogę zmienić płeć.

MG: …Na małej scenie na środku stoi czterech Drowów, grających jakąś dziwną, drowową muzykę…
P: Underground.

E: …A nie, ja nie słyszałam.
MG: Słyszałaś, Grud przekazał.
W: Tak, nawet dyskretnie jak na mnie.
K: „E, chuju! – ten.”

K: Zamieniam się w latającego węża. Latające węże są tu bardzo popularne, służą jako kurierzy. Ty, owiń mnie rachunkiem.

W: To idziemy gromadnie chyba, bo ja jestem masażystą tych impów.
K: „A ta pani? Hehehe, he he he!”

[Do pojedynku impów  Borsuk wybrał, well, impa „żywiołu” gówna]
MG: I gówniany wygrał.
W: Jak?
K: No kurwa, obrzucił go kwiatami! Gówniany postawił mu takiego wielkiego kloca na hlavu!

K: Chcesz zobaczyć moją kolekcję motylic?

[Potrzebujemy sprawdzić coś w księgach lokalnej gildii magów, która ma wejście dziesięć metrów nad ziemią, odsiewając w ten sposób nielatających interesantów. Sovelien latać nie umie, ale Halón umie się zamienić w latającego węża.]
K: Ty, weź mi tam owiń dookoła ogona zlecenie wydania odpisu ksiąg wieczystych tego Malhezara i znaczek skarbowy.
MW: No weź.
K: No co? Mag może wysyłać listy czym chce, nie? Niech się cieszą że tasiemcem nie wysłał.

[Dłuższe rozważania na temat omijania limitu 25 słów na Sending poprzez wysyłanie wiadomości w języku aglutynacyjnym – np niemieckim]
MG: Przed tobą na moment pojawia się Mystra i kiwa palcem z dezaprobatą.
K: Zrobiłeś niezaaprobowany debet. Z dwunastu następnych medytacji rekwiruję ci trzeci slot.

I choose you!

MG: Atakujesz smoka w jego naturalnym środowisku i uważasz że to on będzie miał problem?!

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.
Grud, wojownik, człowiek: W.

Prowadzi: J.

MG: Który ty masz poziom?
W: Dwunasty.
MG: To się zgadza?
MW: Nie, jest poziom do tyłu.
K: Retarded.
MW: Nieno, jak ty do niego mówisz. Chociaż zaraz, nie – jak jest poziom do tyłu, to faktycznie jest opóźniony w rozwoju…

W: A mamy jakąś drogę ewakuacji, przez teleport czy coś?
P: Mamy.
K: A są tu drzewa?
MG: Nie. Grzyby.
MW: W grzyby potrafisz wchodzić?
K: Nie. Znaczy potrafię, ale zostaję w grzybie wtedy.
W: Teleportacja przez huby.
K: Znakomite, w sandale bym komuś wylazł.

[Okazuje się, że w mieście jest plaga impów – irytujących magicznych stworzonek, które wpychają się wszędzie, szczają do mleka i ogólnie są uciążliwe…]
K: Impa? Na chuj ci taki imp!
P: Brzmi boleśnie.
K: Co z tego że familiar, ja mam ptaka i nie mam czasu się nim zajmować, bo ciągle w delegacji.

[…Więc lokalnym pomysłem na ogarnięcie problemu jest łapanie tych impów do małych magicznych kulek.]
MG: No taki pomniejszy przedmiot magiczny. Rzucasz tym w małą istotę, a potem na powszechnie znane słowo aktywacyjne wypuszczasz.
MW: I to słowo to „I choose you”?
K: Ciekawe, jak się czuje istota w takiej kulce.
P: Chcesz sprawdzić?
K: No pewnie! To może być rozwiązanie mojego problemu z ptakiem!

K: I kto skupuje te impy?
MG: Jakichś trzech bogatych kolesi, właściwie nie wiadomo po co.
K: Trzech kolesi – Nin, Ten i Do.

[Siedzimy w knajpie, pijemy browary, czekamy aż lokalesi postanowią nas ograbić]

MG: Kolesie wykonują pierwszy ruch, jak gnom idzie się odlać. Wstają i ruszają za nim.
MW: To my wstajemy i idziemy za nimi.
K: Tak zwana impreza kanapka.
MG: Zostawiacie kogoś przy stole?
E: To ja zostanę i popatrzę.
MW: Może jeszcze kogoś zostawimy, żeby się zaraz nie zrobił drugi odłam imprezy?
W: To ja zostanę, dajcie mi sygnał jakby co.
MW: Umówiony sygnał: wrzaski i odgłosy rozróby.

[Próba lokalesów skończyła się dość żałośnie]
MG: Koleś ma sztylet, dwie kule na impy i taką zbroję, lekką, utkaną z takiej pajęczyny z metalu.
W: Żonojebkę, no.
K: Z mitrylu!

MG: Taki gówniarz, mały, brudny, obrotny…
MW: …Rasa nieokreślona, już mówi w trzech językach…
MG: …A przeklina w pięciu. Tak, wiesz – łezka ci się w oku zakręciła.

[To jaki imp nam się złapał?]
P: O kurde, phase imp? To faktycznie, może nie będę tego sprzedawał, dokupię kulek…
MG: …I „gotta catch them all”?

MG: Zacznijmy od tego, że w knajpie jest smok. Czerwony.
MW: Dyskretnie wytrząsam z nogawki.

[Nawiązaliśmy dyskretny kontakt z potencjalnym sojusznikiem, ale trzeba to obgadać jakoś paszczowo. Sojusznik proponuje, żeby Liza się do niego dosiadła…]
MW: Misja jest dla ciebie.
W: Musisz udawać łatwą.

MG: W., siedzisz sobie, rozglądasz się po karczmie…
W: …Z głupim wyrazem twarzy, to mi dobrze wychodzi.
MG: Umysł nieskażony myślą, to też ci nieźle idzie…

K: Przypominam, że najpierw chwyciłem za różdżkę, a potem poleciało gówno!
E: Nie wiem co mnie ominęło, ale chyba się cieszę.
K: P. złapał gównianego impa.
MW: A ja dostałem od gównianego impa.
MG: Tylko proszę cię, nie mów że to rzadki imp.
P: Unikalny!
MW: Nie, próbowałem, ale nie uniknąłem.
K: Jak się trzęsie tą kulką, to na pewno nie śnieg pada.

W: Jeszcze Sanepida ściągniesz.
MG: Sanepid? To jakiś sławny potwór?
MW: Sławny bohater!
P: Zależy po której stronie lady się znajdujesz.

[Szukamy dobrego miejsca na rozróbę]
MG; Jest tu taka dzielnica, gdzie się napierdalali magowie niedawno; budynki są poniszczone, ludzie stamtąd pouciekali, będą to odbudowywać ale jeszcze nie teraz.
P: Po co to odbudowywać? Trzeba przystosować! Piaseczkiem wysypać, odpływ zrobić…

MG: Na środku jest placyk, wyłożony kamiennymi płytami. Te płyty są poorane, poznaczone kwasem…
MW: Kurde, kolesie się napierdalają impami tu.
P: O rany! Zajebisty pomysł!

MG: Co ten mag mógłby ci zrobić, żeby ci zaszkodzić…
K: Mógłby ją podjebać do ZUSu.
MW: Za co?
K: Za niepłacenie składek. Nigdy nie deklarowała że płaci składki.

[Bam! Fireball! E. przerzuca saving throw z Lucka, ale nadal fail.]
K: Odpisz sobie Lucka. I włosy. I wierzchnią warstwę skóry.
MW: I brwi.
K: Ale brwi ci odrysujemy od szklanki.

P: Jeden Disintegrate raczej mnie nie zabije, musiałby mieć naprawdę niezłe rzuty.
E: Uważaj.
MG: Nie mówi się takich rzeczy przed rzutem MG.
E: Jesteś ze szkoły Divination, powinieneś wiedzieć takie rzeczy.

[Czterech kultystów weszło w strefę rażenia aury wokół Halóna, i padli od razu]

K: Wreszcie znalazłem swoją niszę: biegam i niszczę miniony.

Lich na pięterku

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud nieobecny.

Prowadzi: J.

[Iskander udawał ostatniego lokatora wieży, potężnego maga Xontala, nosząc jego szaty. Jako że teraz my mamy szaty, próbujemy tej samej sztuczki.]
MW: Masz tam któryś Prestigitation?
P: Mam.
MW: Weź no mi upierz te szaty.
P [wykonuje gest]: Pachną lawendą teraz.
MW: Super, mole ich nie będą jadły. Ciekawe czy działa też na elementale.

MG: Wielkie kamienne zamknięte drzwi.
P: Disintegrate.
MW: Kurwa, kapitan subtelny.
P: No co, nie mamy czasu!

[Rozwaliliśmy drzwi, wpadliśmy na poziom mieszkalny wieży – i okazało się, że mag nadal tam mieszka. Rozmawiamy kulturalnie o kulcie smoka, planującym przyzwać międzywymiarową smoczą boginię zła.]
MG [jako Xontal, lich]: Nie wiem, co kieruje śmiertelnikami, że mają takie zamiary, ale będzie to ciekawy widok do podziwiania z bezpiecznej odległości.

[Specjalnością Xontala są podróże między planami, Halón zawsze o tym marzył i wykorzystuje okazję żeby się czegoś więcej dowiedzieć na temat.]
K: No dostanę Planeshift za chwilę, ale daj mi do tego dojść w sposób bardziej erpegowy niż „za lewel wskakuje mi planeszift i co mam z nim kurwa zrobić?”!

MG: Cały jest zrobiony z płomienia – siada ci na ramieniu, czujesz potworny ból…
K: Chciałem zauważyć że jestem fire resistant, więc czuję połowę potwornego bólu.

MG: Chyba wszyscy trzej spędziliście trochę czasu w bibliotekach, co? Czy ty nie?
K [o P]: On z kory czytał.
MW: Dlatego dał się wciągnąć w ten pyramid scheme z kulami za 1000 gp, jest multi level marketing wizard.

MW: To robimy kserokopiarkę.
K: Tak – otwieramy książkę, on siada przed lewą stroną, ja przed prawą i przepisujemy.
P: Tak to robią w Candlekeep, tak?
MW: Tak. Jakbyś czytał coś więcej poza korą z brzozy, to byś też wiedział.

[Nadal nie wiemy, jak wyjść z tej wieży. Robimy zwiad po piwnicach.]
E: W 1/4 tunelu głos Xontala mówi „zawróć podróżniku”, więc zawróciłam, bo dalej są pewnie atrakcje, których wolałam nie sprawdzać.
P: Dalej są konsekwencje.

[Znaleźliśmy potencjalne wyjście, tylko że trzeba być bezcielesnym żeby go użyć.]
P: Nauczyłem się kiedyś takiego zaklęcia, nie mam pojęcia po co, Gaseous Form.
E: Będziemy obłoczkami!
MW: Ja mogę być zielonym obłoczkiem.
K: Czad.

K: Waterdeep! Waterdeep! Ale tu klepie!
P: W wieży maga było ładnie…
K: …Elementale sprzątały…
MW: …A tu zaraz ktoś będzie nam chciał zapierdolić sakiewkę.
K: A potem po prostu zapierdolić.

[„Wróciliście? Świetnie, to nie zdejmujcie butów, bo następna misja.”]
MW: No to nie ma szans na dzień wolnego, kurna.
K: No, też liczyłem.
P: A co byś chciał robić, jeszcze raz książki skopiować?
K: Nieno, kurwa, ja tu ptaka mam! Chciałem chociaż z nią rundkę wokół miasta zrobić, a tak to co? Przecież do Underdarku jej nie zabiorę, bo zaraz ją tam jakieś pająki rozpierdolą.
E: Ale chociaż możesz z nią pokląskać przy księżycu.

Curse your sudden but inevitable betrayal!

MG: …I wygląda jak pączek. W sensie Sigil tak wygląda, nie Pani Bólu.

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud nieobecny.

Prowadzi: J.

[Borsuk ma koszmarny sen, epidemia jakaś]
MG: …I w tej ciemności czujesz głód.
K: Przedwieczny Głodek.
MW: Ciekawe co się zjada na przedwiecznego głodka.
K: Przedwiecznego Danonka.

MG [patrząc na trzech graczy z laptopami na kolanach]: Muszę powiedzieć, że czuję się nieswojo, nie mając na kolanach laptopa i nie pisząc na nim!

MW: Pewnie, scryuj, zdalne oczy zawsze w cenie. Nie, nie, zupełnie nie, cofam to. Ugh.
E: Czy to w kontekście tych oczu, które ci krzyczą w torbie żebyś je oddał?
MW: Jakby krzyczały w torbie to by nie było problemu, one mi krzyczą w głowie.
K: Oczy krzyczą w torbie.
MG: Torby mają oczy.
[Sovelienowi od dłuższej chwili śni się posiadacz oczu, noszonych w Bag of Holding, i żąda zwrotu]

[Magiczny zwiad wnętrza magicznego konstruktu z uwięzionymi ludźmi]

P: Oni tam są rozumiem nago, bez ekwipunku poprzykuwani?
K: Próbuje dress code obczaić, żeby nie być nie na miejscu. Myślę że jaszczur ma smart kazuar.

MW: Hm, kilkaset metrów w dół, analogowe środki bezpieczeństwa typu lina nie wchodzą w grę…
K: No, porwie się.
MW: …Chyba że zamienisz się w gigantycznego pająka i wysrasz nić, ona się nie zerwie. Tylko czy dasz radę wysrać kilkaset metrów liny?
K: Jak mnie będziesz karmił cały czas, to spoko.

P: No dobra, no to przygotowujemy się i siup.
MG: Kto idzie pierwszy?
P: No nie ja.

K: Ja potem.
MW: No dobra, ale ty jako ty czy ty jako pająk? Bo ja serio mówiłem.
K: No jako ja, W. już poleciał już.
MW: No to go dogonisz przecież.
K: Tak, za trzy dni. To jest dupa, a nie przędzalnia na Piotrkowskiej.
MW: E, nie doceniasz się.

[Walka powietrzna, wszyscy obłożeni czarami latania, Dispel Magic jest jednym z lepszych zaklęć bojowych – i wróg właśnie dostał]

MW: To jak spada, to dogonię go i nałożę na niego Tashę.
E: Co to jest?
MW: Zabójczy dowcip.
P: Będzie spadał, szaleńczo się śmiejąc.
MG [turla]: Zdał.
MW: Ueee.
E: Może nie zrozumiał? Roześmieje się pojutrze.

MW: Czy wystarczy mi move’a, żeby podlecieć do niego i miłośnie opleść go nogami?
MG: Pozwolę na to, jeżeli go opleciesz i czule pocałujesz.
MW: Spoko, zero problemu. Podlatuję, oplatam, czule całuję w czoło i dźgam go kurwę sztyletem raz za razem!

E: Rozumiem że tego maga już widać?
K: Tak, MW już go tam zajął sobą. Lecą razem w kierunku jądra.

MW: Czy to jest jeden z głosów w głowie które już znam?
MG: Tak.
K: „Nie ma pieprzu. JEST TYLKO SÓÓÓL!”

MW: To wrzeszczę do B: „ISKANDER PRZYWOŁUJE DRACOLICHA!”
MG: Dobra, ale poczekaj, napełnianie portów w swojej inicjatywie.

[Dracolich to licz, tyle że smok. Zupełnie jakby smok nie był wystarczająco mocny.]
K: No otrząsa się z mięsa, to musi chwilę potrwać. Jak Ciapek z wody, tylko że z mięsa.

K: Bo Iskander jest w tej tradycyjnej części.
MW: Tak, on jest, tym – ortodoksyjnym kultystą smoka.
[Ortodoksyjni robią dracoliche, nieortodoksyjni chcą przyzwać smoczą boginię zła Tiamat. Nie lubimy ani jednych, ani drugich i cała kampania jest o tym.]

MG: O, stary. Ból w plecach osiąga shatnerian level.
MW: Pain! So much! Pain!

[Przez portal w plecach Soveliena zaczyna wyłazić Przedwieczne Zło, Halón zawraca je metodą perkusyjną.]

MG: Czujesz uderzenia.
MW: No raczej.
K: Wpycham ci mackę z powrotem. Alien ci się rodzi, moc truchleje, „właź tam, kurwa!”

[Zionięcie dracolicha]
MW: No, muszę to zdać. Bo jak nie zdam, to nic mnie nie uratuje, żadne tam evasion.
[turla – grupa wybucha śmiechem: jedynka na kości]
MG: No, to dracolich skauteryzował ranę między światami. Najlepiej jak umiał.

P: No to „Na Bahamuta!” – Heal! 70 HP do przodu!
MW: Jestem jak nowy.
MG: Taki byłeś chrupki i zwęglony, a teraz – bing! Wraca ci blask na łysinie!

MG: Smok leci za wami.
K: Ale my mamy 180 move, a on ma mniej, zwłaszcza że robi ataki więc nie może podwójnie.
P: Ale on tam ma legendary actions, więc robi podwójny ruch.
MW: Ale i tak go odsadzamy. 20 stóp na każdą rundę.
P: Czekajcie, mam odpowiednią muzykę na taką sytuację.
[MW i K wykonują w duecie Yakety Sax]

[Borsuk zatrzasnął dracolicha w kulistym Wall of Force]
MG: Dracolich podlatuje… A nie, on jest w Wall of Force.
K: Łapię Wall of Force i tak trzęsę żeby tam śnieg zaczął padać!

MW: Jakby się dało zmniejszać, to wall of force byłoby najbardziej przegięte ever. Bierzesz i prffft, miażdżysz aż wyjdzie paprykarz.
B [z offu]: To są pokemony, ja w to gram.
MW: I też wychodzi paprykarz?

[Na szczęście miałem pomysł i przeszukałem truchło maga, który stworzył dracolicha, przy którym znalazłem – filakterium dracolicha. Dalej było już prosto.]
P: Chłopaki, jak chcecie kawałek dracolicha, to za chwilę zdejmuję Wall of Force.
K: Tak, ustawimy się z podbierakiem.