I choose you!

MG: Atakujesz smoka w jego naturalnym środowisku i uważasz że to on będzie miał problem?!

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.
Grud, wojownik, człowiek: W.

Prowadzi: J.

MG: Który ty masz poziom?
W: Dwunasty.
MG: To się zgadza?
MW: Nie, jest poziom do tyłu.
K: Retarded.
MW: Nieno, jak ty do niego mówisz. Chociaż zaraz, nie – jak jest poziom do tyłu, to faktycznie jest opóźniony w rozwoju…

W: A mamy jakąś drogę ewakuacji, przez teleport czy coś?
P: Mamy.
K: A są tu drzewa?
MG: Nie. Grzyby.
MW: W grzyby potrafisz wchodzić?
K: Nie. Znaczy potrafię, ale zostaję w grzybie wtedy.
W: Teleportacja przez huby.
K: Znakomite, w sandale bym komuś wylazł.

[Okazuje się, że w mieście jest plaga impów – irytujących magicznych stworzonek, które wpychają się wszędzie, szczają do mleka i ogólnie są uciążliwe…]
K: Impa? Na chuj ci taki imp!
P: Brzmi boleśnie.
K: Co z tego że familiar, ja mam ptaka i nie mam czasu się nim zajmować, bo ciągle w delegacji.

[…Więc lokalnym pomysłem na ogarnięcie problemu jest łapanie tych impów do małych magicznych kulek.]
MG: No taki pomniejszy przedmiot magiczny. Rzucasz tym w małą istotę, a potem na powszechnie znane słowo aktywacyjne wypuszczasz.
MW: I to słowo to „I choose you”?
K: Ciekawe, jak się czuje istota w takiej kulce.
P: Chcesz sprawdzić?
K: No pewnie! To może być rozwiązanie mojego problemu z ptakiem!

K: I kto skupuje te impy?
MG: Jakichś trzech bogatych kolesi, właściwie nie wiadomo po co.
K: Trzech kolesi – Nin, Ten i Do.

[Siedzimy w knajpie, pijemy browary, czekamy aż lokalesi postanowią nas ograbić]

MG: Kolesie wykonują pierwszy ruch, jak gnom idzie się odlać. Wstają i ruszają za nim.
MW: To my wstajemy i idziemy za nimi.
K: Tak zwana impreza kanapka.
MG: Zostawiacie kogoś przy stole?
E: To ja zostanę i popatrzę.
MW: Może jeszcze kogoś zostawimy, żeby się zaraz nie zrobił drugi odłam imprezy?
W: To ja zostanę, dajcie mi sygnał jakby co.
MW: Umówiony sygnał: wrzaski i odgłosy rozróby.

[Próba lokalesów skończyła się dość żałośnie]
MG: Koleś ma sztylet, dwie kule na impy i taką zbroję, lekką, utkaną z takiej pajęczyny z metalu.
W: Żonojebkę, no.
K: Z mitrylu!

MG: Taki gówniarz, mały, brudny, obrotny…
MW: …Rasa nieokreślona, już mówi w trzech językach…
MG: …A przeklina w pięciu. Tak, wiesz – łezka ci się w oku zakręciła.

[To jaki imp nam się złapał?]
P: O kurde, phase imp? To faktycznie, może nie będę tego sprzedawał, dokupię kulek…
MG: …I „gotta catch them all”?

MG: Zacznijmy od tego, że w knajpie jest smok. Czerwony.
MW: Dyskretnie wytrząsam z nogawki.

[Nawiązaliśmy dyskretny kontakt z potencjalnym sojusznikiem, ale trzeba to obgadać jakoś paszczowo. Sojusznik proponuje, żeby Liza się do niego dosiadła…]
MW: Misja jest dla ciebie.
W: Musisz udawać łatwą.

MG: W., siedzisz sobie, rozglądasz się po karczmie…
W: …Z głupim wyrazem twarzy, to mi dobrze wychodzi.
MG: Umysł nieskażony myślą, to też ci nieźle idzie…

K: Przypominam, że najpierw chwyciłem za różdżkę, a potem poleciało gówno!
E: Nie wiem co mnie ominęło, ale chyba się cieszę.
K: P. złapał gównianego impa.
MW: A ja dostałem od gównianego impa.
MG: Tylko proszę cię, nie mów że to rzadki imp.
P: Unikalny!
MW: Nie, próbowałem, ale nie uniknąłem.
K: Jak się trzęsie tą kulką, to na pewno nie śnieg pada.

W: Jeszcze Sanepida ściągniesz.
MG: Sanepid? To jakiś sławny potwór?
MW: Sławny bohater!
P: Zależy po której stronie lady się znajdujesz.

[Szukamy dobrego miejsca na rozróbę]
MG; Jest tu taka dzielnica, gdzie się napierdalali magowie niedawno; budynki są poniszczone, ludzie stamtąd pouciekali, będą to odbudowywać ale jeszcze nie teraz.
P: Po co to odbudowywać? Trzeba przystosować! Piaseczkiem wysypać, odpływ zrobić…

MG: Na środku jest placyk, wyłożony kamiennymi płytami. Te płyty są poorane, poznaczone kwasem…
MW: Kurde, kolesie się napierdalają impami tu.
P: O rany! Zajebisty pomysł!

MG: Co ten mag mógłby ci zrobić, żeby ci zaszkodzić…
K: Mógłby ją podjebać do ZUSu.
MW: Za co?
K: Za niepłacenie składek. Nigdy nie deklarowała że płaci składki.

[Bam! Fireball! E. przerzuca saving throw z Lucka, ale nadal fail.]
K: Odpisz sobie Lucka. I włosy. I wierzchnią warstwę skóry.
MW: I brwi.
K: Ale brwi ci odrysujemy od szklanki.

P: Jeden Disintegrate raczej mnie nie zabije, musiałby mieć naprawdę niezłe rzuty.
E: Uważaj.
MG: Nie mówi się takich rzeczy przed rzutem MG.
E: Jesteś ze szkoły Divination, powinieneś wiedzieć takie rzeczy.

[Czterech kultystów weszło w strefę rażenia aury wokół Halóna, i padli od razu]

K: Wreszcie znalazłem swoją niszę: biegam i niszczę miniony.

Prawie wtopa

[Nib zakosił datapad, Kodo go odlockowuje]
O: Have fun. Nie graj w węża.

System: Star Wars – Edge of Empire.

Grają:
Robin, pilotka, człowiek: D.
Latro Kuvar, eks-żołnierz, człowiek: R.
Kodo Choven, mechanik, człowiek: O.
Nib Andook, przekręciarz, Twi’lek: MW.

Prowadzi: P.

[Wygrali, wygrali wyścig]
MG: Samochód was odwiezie; ulicami nie pójdziecie, bo jesteście mocno rozpoznawani w tej chwili.
D: Nie mogę nic na to poradzić, więc zamierzam się w tym pławić.

[Potrzebujemy porwać i zhackować droida, ale trwa impreza…]
R: Wyjdę na chwilę, złapię banking droida, wrócę. Potrzebny mi był bankomat. Dosłownie!

MG: Macie jakieś dwie godziny, żeby załatwić sobie stroje.
O: Znaczy przepraszam technik ma pójść w czym?
MW: W źle dobranym garniturze. Chodź, znajdę ci jakiś.

O: Przyglądam się temu robotowi, gdzie on ma te części różne, gdzie mu tam za przeproszeniem wetknąć tego restraining bolta.
MG: Tak, rozbierasz go na części wzrokiem.
O: „Ależ masz piękne… wspomaganie…”
MW: Get a room!
MG: No taki jest jego plan na ten wieczór, że weźmie pokój i spędzi wieczór z droidem.

O: No wiesz, „wielu Bothan zginęło, żeby dostarczyć nam tą informację”, więc wysnuliśmy taki całkowicie mylny wniosek, że jak bothanin zdobędzie zbyt dużo informacji, to wybucha.

O: No jak każdy granat, odbezpieczasz i rzucasz. Po trzech albo pięciu sekundach odpala. Zależy czy to jest zwykły granat czy Święty Granat z Antiochii, trzeba policzyć do trzech, a nie do czterech…
MW: …Ani do dwóch, a pięć jest wykluczone.

R: A jak robot ma też takie urządzenie, że potrafią go wykryć na sto parseków?
MW: To miejmy nadzieję, że dokładność ma taką, że będą wiedzieć że jest na Cloud City.

[After after party]

O: Nigdy w życiu nie brałaś takich ilości narkotyków! „Robin, a czemu ci głowa tak chodzi? A nie słyszycie tego beatu?”

MW: Otwieram sprężynówkę, pruję siedzenie wzdłuż…
O: …To nie jest czas na jedzenie dermy!

MG: Striptizerki, przerażone, zaczynają się chować za rurami…

[Kupujemy używany statek]
MG: Dobra, 30k.
MW: 30k i zatankuj.
MG: Do połowy.
O: Do połowy to on już jest zatankowany!

O: Kibel jest zatkany, a propos. Ja tego naprawiał nie będę.
MW: Srał będziesz w skafander, rozumiem?
O: Pewnie!
MW: To ja też. W twój!

D: Nie ma tu jakiegoś hydraulicznego droida, który to może naprawić?
MG: Pewnie. Za parę kredytów przetka wam rurę.
MW: Ciekawe, bo są tu panie, które świadczą dokładnie tą samą usługę…

O: Wiecie co, trzebaby ostrzec nasze kontakty na The Wheel, że może do nich przylecieć droid.
R: I bomba.

MW: Dobra – co nas będzie kosztować zapasowy hipernapęd?
MG: A to nie ma zapasowego hipenapędu?!
MW: Nie.
MG: O rany! Przegapiłem taką okazję! Mogłem was uziemić na parę lat!

MG: I jest jacuzzi.
MW: Yes!
MG: No, było zapotrzebowanie.
MW: No pewno, bo co to za luksusowy statek…
Wszyscy: …Bez jacuzzi!
O: Statek Huttów. Następne pytanie.
MW: Nieno, ma odpowiednik.
O: Ta, z bagnem! Swampuzi!
MW: Liczy się.

And they’re off!

[Śledzą nas]
O: Możemy też wejść do salonu spa i wyjść tylnym wyjściem. Żaden szanujący się bandyta nie wejdzie do salonu spa. Zagranie psychologiczne.

System: Star Wars – Edge of Empire.

Grają:
Robin, pilotka, człowiek: D.
Latro Kuvar, eks-żołnierz, człowiek: R.
Kodo Choven, mechanik, człowiek: O.
Nib Andook, przekręciarz, Twi’lek: MW.

Prowadzi: P.

[Zwiad w tunelach śmieciowych Bespin]

MG: Z góry tunelu słychać dudnienie – coś leci.
O: Jedi bez ręki.

[Przewoźnik z Bespin.]

O: Mogę was zabrać, ale muszę was najpierw zamrozić w karbonicie. Taka miejscowa tradycja.

[A co, jak ktoś narobi smrodu, że Klejnot z Yavin jest fałszywy?]
MG: …To wtedy nie będzie aukcji, nie będzie skoku, nie będzie niczego.
R: Wyjdzie taki poirytowany z tego kanału śmieciowego przy muzeum, „kurde.”
O: Z obrazem! „Coś musiałem wziąć!”
R: Wylezie stamtąd z holorzeźbą, „patrz pan, co można w tych kanałach…!”
MW: „To wam zapchało! Ktoś holorzeźbę spuścił, wyobrażasz se pan?”

MG: Jest gala, jest oficjalna prasa…
[MW dławi się herbatą]
MW: Wyobraziłem sobie…
O: …Oficjalną prasę? [gest sprasowywania]
MW: Tak! W garniaku i pod krawatem!

MW: To co, do której instytucji pożytku publicznego wchodzimy?
O: Zarząd Oczyszczania Miasta?
MW: No, w sumie.
O: I tak mają śmietnik.

[Wielki wyścig! Żeby nam się nie nudziło, dostaliśmy do prowadzenia załogi przeciwników]
MG: Możesz pilota walnąć po łbie.
O: Między tymi podami nie ma przejścia, więc niezbyt.
MG: No to pokazujecie tam sobie różne rzeczy.
O: „TE! PROWADZISZ TAM?”

MW: Tylko pamiętaj, jak go zestrzelisz, będzie dyskwalifikacja.
O: Etam, jeszcze chwilę polatam, zdyskwalifikują mnie na mecie.

MG: Przed wami dryfują wielkie, majestatyczne stworzenia.
MW: Beldony!
R: Te wybuchowe?
O: Taka piękna sytuacja!
R: A ty akurat bez działek.
O: Kurrrwa, a mówiłem więcej działek…! „Wysiadasz!” [gest wyrzucania strzelca ze statku]

MG: Części na granaty w sumie kosztowały stówę.
D: A, granaty są do muzeum.
O: Wypraszam sobie! Są zupełnie nowe!

Lich na pięterku

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud nieobecny.

Prowadzi: J.

[Iskander udawał ostatniego lokatora wieży, potężnego maga Xontala, nosząc jego szaty. Jako że teraz my mamy szaty, próbujemy tej samej sztuczki.]
MW: Masz tam któryś Prestigitation?
P: Mam.
MW: Weź no mi upierz te szaty.
P [wykonuje gest]: Pachną lawendą teraz.
MW: Super, mole ich nie będą jadły. Ciekawe czy działa też na elementale.

MG: Wielkie kamienne zamknięte drzwi.
P: Disintegrate.
MW: Kurwa, kapitan subtelny.
P: No co, nie mamy czasu!

[Rozwaliliśmy drzwi, wpadliśmy na poziom mieszkalny wieży – i okazało się, że mag nadal tam mieszka. Rozmawiamy kulturalnie o kulcie smoka, planującym przyzwać międzywymiarową smoczą boginię zła.]
MG [jako Xontal, lich]: Nie wiem, co kieruje śmiertelnikami, że mają takie zamiary, ale będzie to ciekawy widok do podziwiania z bezpiecznej odległości.

[Specjalnością Xontala są podróże między planami, Halón zawsze o tym marzył i wykorzystuje okazję żeby się czegoś więcej dowiedzieć na temat.]
K: No dostanę Planeshift za chwilę, ale daj mi do tego dojść w sposób bardziej erpegowy niż „za lewel wskakuje mi planeszift i co mam z nim kurwa zrobić?”!

MG: Cały jest zrobiony z płomienia – siada ci na ramieniu, czujesz potworny ból…
K: Chciałem zauważyć że jestem fire resistant, więc czuję połowę potwornego bólu.

MG: Chyba wszyscy trzej spędziliście trochę czasu w bibliotekach, co? Czy ty nie?
K [o P]: On z kory czytał.
MW: Dlatego dał się wciągnąć w ten pyramid scheme z kulami za 1000 gp, jest multi level marketing wizard.

MW: To robimy kserokopiarkę.
K: Tak – otwieramy książkę, on siada przed lewą stroną, ja przed prawą i przepisujemy.
P: Tak to robią w Candlekeep, tak?
MW: Tak. Jakbyś czytał coś więcej poza korą z brzozy, to byś też wiedział.

[Nadal nie wiemy, jak wyjść z tej wieży. Robimy zwiad po piwnicach.]
E: W 1/4 tunelu głos Xontala mówi „zawróć podróżniku”, więc zawróciłam, bo dalej są pewnie atrakcje, których wolałam nie sprawdzać.
P: Dalej są konsekwencje.

[Znaleźliśmy potencjalne wyjście, tylko że trzeba być bezcielesnym żeby go użyć.]
P: Nauczyłem się kiedyś takiego zaklęcia, nie mam pojęcia po co, Gaseous Form.
E: Będziemy obłoczkami!
MW: Ja mogę być zielonym obłoczkiem.
K: Czad.

K: Waterdeep! Waterdeep! Ale tu klepie!
P: W wieży maga było ładnie…
K: …Elementale sprzątały…
MW: …A tu zaraz ktoś będzie nam chciał zapierdolić sakiewkę.
K: A potem po prostu zapierdolić.

[„Wróciliście? Świetnie, to nie zdejmujcie butów, bo następna misja.”]
MW: No to nie ma szans na dzień wolnego, kurna.
K: No, też liczyłem.
P: A co byś chciał robić, jeszcze raz książki skopiować?
K: Nieno, kurwa, ja tu ptaka mam! Chciałem chociaż z nią rundkę wokół miasta zrobić, a tak to co? Przecież do Underdarku jej nie zabiorę, bo zaraz ją tam jakieś pająki rozpierdolą.
E: Ale chociaż możesz z nią pokląskać przy księżycu.

Co może pójść źle?

O: Ja i droid zaczynamy spać w hangarze. Ale nie ze sobą.

System: Star Wars – Edge of Empire.

Grają:
Robin, pilotka, człowiek: D.
Latro Kuvar, eks-żołnierz, człowiek: R.
Kodo Choven, mechanik, człowiek: O.
Nib Andook, przekręciarz, Twi’lek: MW.

Prowadzi: P.

[Pojazd, który nam wypożyczono do wyścigów, okazał się być tym samym modelem, którego używa lokalna policja]
MG: Ten pancerz trochę go dociąża, więc jakby go zdjąć, to by dla odmiany przyspieszył.
O: Zdejmuję. „Ściągaj pancerz, malutka”.

MG: Masz podejrzenie – ba, masz dowody! Że pojazd na którym pracujesz został pożyczony z hangarów lokalnej policji.
MW: Świetnie. Crown Victoria z demobilu, tylko że nie z demobilu.

[Jak duży to jest problem? Rozmawiamy ze zleceniodawcą.]
MG [jako NPC]: A jak bardzo wam to komplikuje życie?
O: No nam niezbyt, tylko może być tak że nie dotrzemy na start wyścigu, bo się
okaże że już się ścigamy z kim innym.

D: Ale co tam trzeba mieć ze sobą? Gaśnicę…?
MW: Trójkąt i apteczkę.
K: Ale biorąc pod uwagę że w ramach odchudzania pojazdu zdjęliśmy pancerz, części układu kierowniczego, kurde, miałem jej tego nie mówić…

[Photo shoot przed wyścigami]
O [do R]: A żebyś miał twarz taką ponurą bez wyrazu, to wiesz – trzy razy z
paralizatora.

R: I po co z nimi gadasz?
D: Żeby nas pokazali w telewizji.
R: I tak nas pokażą. Po co gadasz?
D: Kurde, brakuje mi tej koszulki ze strzałką!

O: O! Ona jest gunnerem, ty jesteś gunnerem, macie coś wspólnego!
R: Lufy.

O [do R]: A ty coś rozmawiasz, czy tylko wpychasz żarcie?
R: Nie, nie wchodzę w interakcje raczej.
O: „- Przepraszam, czy wszystko w porządku? – JEM TERAZ.”

[Kodo ma ‚Knowledge: Underworld’, a Nib – ‚Streetwise’]
O: To jest spod inta, tak. A on idzie na ulicę i mówi „ten sprzedaje marychę, ten ciastka…”
MW: „…A ten wpierdol.”
R: I musisz za niego zapłacić swoim telefonem.

[Latro ma taki problem, że jak nie ma drużyny na oku, to się denerwuje]
MG [do R.]: Jak już zlokalizowałeś tego waszego pilota…
O: „- Tu jesteś! Co tu robisz?! – Sram.”

O: Tak czy tak, na temat tej akcji mogę już napisać całkiem niezłą książkę.
MW: I nigdy jej nie wydać.

[Lokalnym łącznikiem ze zleceniodawcą jest jego córka, która jest żoną jednej z przekręcanych osób – ale okazało się że ich rodzinne układy są bardziej złożone niż myśleliśmy]
MW: I teraz tak: pytanie czy córuś postanowi ruchnąć męża i spieprzyć z tatusiem, czy może ruchnąć męża, tatusia i nas przy okazji.
R: Jest jeszcze trzecia opcja – że postanowią nas ruchnąć razem z tatusiem.
MW: Tak, ta opcja jest w domyśle.

[Na wypadek jakby chcieli nas wystawić, organizujemy ucieczkowy plan B]
O: Wystarczy nam jakikolwiek statek.
MW: No nie jakikolwiek – byleby miał mnożnik hipernapędu.

Curse your sudden but inevitable betrayal!

MG: …I wygląda jak pączek. W sensie Sigil tak wygląda, nie Pani Bólu.

System: DND 5ed.

Grają:
Halón Nailo, druid/wizard, elf: K.
Sovelien Bersk, rogue, półelf: MW.
Alstom „Borsuk” Timbers, mag, gnom: P.
Liza, kapłanka Ellistrae, elfka: E.

Grud nieobecny.

Prowadzi: J.

[Borsuk ma koszmarny sen, epidemia jakaś]
MG: …I w tej ciemności czujesz głód.
K: Przedwieczny Głodek.
MW: Ciekawe co się zjada na przedwiecznego głodka.
K: Przedwiecznego Danonka.

MG [patrząc na trzech graczy z laptopami na kolanach]: Muszę powiedzieć, że czuję się nieswojo, nie mając na kolanach laptopa i nie pisząc na nim!

MW: Pewnie, scryuj, zdalne oczy zawsze w cenie. Nie, nie, zupełnie nie, cofam to. Ugh.
E: Czy to w kontekście tych oczu, które ci krzyczą w torbie żebyś je oddał?
MW: Jakby krzyczały w torbie to by nie było problemu, one mi krzyczą w głowie.
K: Oczy krzyczą w torbie.
MG: Torby mają oczy.
[Sovelienowi od dłuższej chwili śni się posiadacz oczu, noszonych w Bag of Holding, i żąda zwrotu]

[Magiczny zwiad wnętrza magicznego konstruktu z uwięzionymi ludźmi]

P: Oni tam są rozumiem nago, bez ekwipunku poprzykuwani?
K: Próbuje dress code obczaić, żeby nie być nie na miejscu. Myślę że jaszczur ma smart kazuar.

MW: Hm, kilkaset metrów w dół, analogowe środki bezpieczeństwa typu lina nie wchodzą w grę…
K: No, porwie się.
MW: …Chyba że zamienisz się w gigantycznego pająka i wysrasz nić, ona się nie zerwie. Tylko czy dasz radę wysrać kilkaset metrów liny?
K: Jak mnie będziesz karmił cały czas, to spoko.

P: No dobra, no to przygotowujemy się i siup.
MG: Kto idzie pierwszy?
P: No nie ja.

K: Ja potem.
MW: No dobra, ale ty jako ty czy ty jako pająk? Bo ja serio mówiłem.
K: No jako ja, W. już poleciał już.
MW: No to go dogonisz przecież.
K: Tak, za trzy dni. To jest dupa, a nie przędzalnia na Piotrkowskiej.
MW: E, nie doceniasz się.

[Walka powietrzna, wszyscy obłożeni czarami latania, Dispel Magic jest jednym z lepszych zaklęć bojowych – i wróg właśnie dostał]

MW: To jak spada, to dogonię go i nałożę na niego Tashę.
E: Co to jest?
MW: Zabójczy dowcip.
P: Będzie spadał, szaleńczo się śmiejąc.
MG [turla]: Zdał.
MW: Ueee.
E: Może nie zrozumiał? Roześmieje się pojutrze.

MW: Czy wystarczy mi move’a, żeby podlecieć do niego i miłośnie opleść go nogami?
MG: Pozwolę na to, jeżeli go opleciesz i czule pocałujesz.
MW: Spoko, zero problemu. Podlatuję, oplatam, czule całuję w czoło i dźgam go kurwę sztyletem raz za razem!

E: Rozumiem że tego maga już widać?
K: Tak, MW już go tam zajął sobą. Lecą razem w kierunku jądra.

MW: Czy to jest jeden z głosów w głowie które już znam?
MG: Tak.
K: „Nie ma pieprzu. JEST TYLKO SÓÓÓL!”

MW: To wrzeszczę do B: „ISKANDER PRZYWOŁUJE DRACOLICHA!”
MG: Dobra, ale poczekaj, napełnianie portów w swojej inicjatywie.

[Dracolich to licz, tyle że smok. Zupełnie jakby smok nie był wystarczająco mocny.]
K: No otrząsa się z mięsa, to musi chwilę potrwać. Jak Ciapek z wody, tylko że z mięsa.

K: Bo Iskander jest w tej tradycyjnej części.
MW: Tak, on jest, tym – ortodoksyjnym kultystą smoka.
[Ortodoksyjni robią dracoliche, nieortodoksyjni chcą przyzwać smoczą boginię zła Tiamat. Nie lubimy ani jednych, ani drugich i cała kampania jest o tym.]

MG: O, stary. Ból w plecach osiąga shatnerian level.
MW: Pain! So much! Pain!

[Przez portal w plecach Soveliena zaczyna wyłazić Przedwieczne Zło, Halón zawraca je metodą perkusyjną.]

MG: Czujesz uderzenia.
MW: No raczej.
K: Wpycham ci mackę z powrotem. Alien ci się rodzi, moc truchleje, „właź tam, kurwa!”

[Zionięcie dracolicha]
MW: No, muszę to zdać. Bo jak nie zdam, to nic mnie nie uratuje, żadne tam evasion.
[turla – grupa wybucha śmiechem: jedynka na kości]
MG: No, to dracolich skauteryzował ranę między światami. Najlepiej jak umiał.

P: No to „Na Bahamuta!” – Heal! 70 HP do przodu!
MW: Jestem jak nowy.
MG: Taki byłeś chrupki i zwęglony, a teraz – bing! Wraca ci blask na łysinie!

MG: Smok leci za wami.
K: Ale my mamy 180 move, a on ma mniej, zwłaszcza że robi ataki więc nie może podwójnie.
P: Ale on tam ma legendary actions, więc robi podwójny ruch.
MW: Ale i tak go odsadzamy. 20 stóp na każdą rundę.
P: Czekajcie, mam odpowiednią muzykę na taką sytuację.
[MW i K wykonują w duecie Yakety Sax]

[Borsuk zatrzasnął dracolicha w kulistym Wall of Force]
MG: Dracolich podlatuje… A nie, on jest w Wall of Force.
K: Łapię Wall of Force i tak trzęsę żeby tam śnieg zaczął padać!

MW: Jakby się dało zmniejszać, to wall of force byłoby najbardziej przegięte ever. Bierzesz i prffft, miażdżysz aż wyjdzie paprykarz.
B [z offu]: To są pokemony, ja w to gram.
MW: I też wychodzi paprykarz?

[Na szczęście miałem pomysł i przeszukałem truchło maga, który stworzył dracolicha, przy którym znalazłem – filakterium dracolicha. Dalej było już prosto.]
P: Chłopaki, jak chcecie kawałek dracolicha, to za chwilę zdejmuję Wall of Force.
K: Tak, ustawimy się z podbierakiem.

Kapitan Przekręt i Przekrętarianie

O: To ja biorę [kieszonkowy blaster]. Zazwyczaj nie noszę, więc deklaruję.
MW: Co za pomysł. Spodni też nie nosisz?
O: Też!

System: Star Wars – Edge of Empire.

Grają:
Robin, pilotka, człowiek: D.
Latro Kuvar, eks-żołnierz, człowiek: R.
Kodo Choven, mechanik, człowiek: O.
Nib Andook, przekręciarz, Twi’lek: MW.

Prowadzi: P.

[O. instaluje R. modyfikacje w zbroi, a rzuty ma żenujące]
O: Wiesz co, nie mogę pracować, bo jakoś mnie ramię boli, postrzelone takie było, wiesz.

O: O, i jeszcze sobie kupię taką kulkę do ćwiczenia strzelania, co to lata, a ty do niej strzelasz, a jak za długo nie trafiasz, to ona strzela do ciebie.
R: I znajdziemy cię potem takiego zestunowanego, w kiblu.
O: Zapomniałem wyłączyć i poleciała za mną!
MW: Albo w zasadzce czekała.

MG: No, właściwie to po przeglądzie możecie odczepić kapsułę i podczepić cokolwiek.
MW: No pewno, możemy sobie przyczepić wszystko, łącznie z kurwą i fortepianem, ale jak polecimy nie to że w Core Worlds, ale chociaż w Mid Rim, i wylądujemy gdziekolwiek indziej niż na ubitym polu z patafianem z pochodnią w ramach przyrządów nawigacyjnych, to zatrzymają nam statek, zabiorą papiery, wpieprzą grzywnę i będziemy musieli wykradać statek z portu! Chcecie tego?
D: Witaj wesoła przygodo…?

D: No jaka guma do żucia, to jest krytyczny system!
MW: A pamiętasz, gdzie on naprawiał ten silnik? Bo ja pamiętam.
R: W kosmosie?
MW: Na plaży na Cholgannie!
O: Wypraszam sobie, usuwałem usterkę krytycznego systemu!
MW: Na plaży. Na Cholgannie.

[Wybieramy się na drugi koniec galaktyki, żeby wziąć udział w niespecjalnie legalnych wyścigach…]
O: Pamiętasz historię mojej postaci? Pamiętasz?
MG: Tak!
O: Wiesz co będzie? „Cześć. Cześć.” [Pokazuje wyciąganie telefonu]
D: Zapuść brodę, nikt cię nie pozna.
MW: Albo odetniemy ci nogi w kolanach. Będzie dobrze.

MG: Poza tym zwycięzca odbiera 30kcr nagrody. Nie wspomniałem o tym?
O: Nie jesteśmy tam dla nagrody!
[…A dokładniej, to żeby pod pozorem uczestnictwa w wyścigach zrobić rozpoznanie przed zuchwałym przewałem i kradzieżą Klejnotu z Yavin]

O: Jakie modyfikacje statków są dozwolone?
MG [jako NPC]: Nie rozumiem pytania. Tyle ile statek wytrzyma.
O: Mój rodzaj wyścigów.

[Postój na Coruscant]
MW: Wiesz co, to ja sobie kupię magnesik na lodówkę.
D: Ha-ha, a jak wrócisz to się okaże, że nasza lodówka jest teraz obita drewnem! Akurat se przyczepisz!

MW: A ty to już wiesz, co dla ciebie znalazłem. [pokazuje obelżywy gest]
O: A ty się kąpiesz bez ciepłej wody!
R: I nosisz buty na rzepy!

MG: Przypasał broń, wyobraźcie sobie.
MW: No nareszcie. Ile razy cię nexu napadły, co?
O: Raz.
MW: Na pewno?
O: Tak. Mnie raz, ją raz, i jego raz. Tylko ciebie nie. Musimy wrócić na Cholgannę.

[Wyjątkowo dobrze ogłuszony Kodo snuje się po terenie i bredzi]
MW: Chodź, chodź, nie kręć się tu.
O: Czy ktoś zapisał numery tej ciężarówki?
MG [jako NPC]: Chodźmy, mam tu miejsce, gdzie możemy odpocząć.
MW: Dobrze, kolega musi się położyć.
O: Czy byliście kiedyś na Sluis Van?